Stanisław Urbańczyk- W SPRAWIE POLSKIEGO JĘZYKA LITERACKIEGO, FILOLOGIA POLSKA, HISTORIA JĘZYKA POLSKIEGO

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Stanisław Urbańczyk
W SPRAWIE POLSKIEGO JĘZYKA LITERACKIEGO
Ostatecznie więc: czy można już w XV w. mówić o języku literackim? To zależy. Jeżeli
za warunek konieczny i wystarczający uznamy poczucie, że istnieje norma i wysiłek o jej
realizację, to odpowiedź musi być pozytywna. Jeżeli zaś za warunek uznamy skrupulatne
przestrzeganie tej normy w praktyce, to chyba nie, bo dopiero koniec XV w. doprowadził do tego
ideału. Za "ideał" w tym wypadku trzeba uważać brak w drukach form, które już średniowiecze
uznało za gwarowe i naganne. Pozostały jednak inne dialektyzmy, tak że o absolutnej jednolitości
jeszcze w XVII w., ba! i w XIX, mówić nie można.
Wyraz "chyba" użyty wyżej nie bez powodu. Trzeba jeszcze spytać, czy wobec
wszystkich tekstów z XV w. wolno stawiać równe wymagania? Czy przypadkiem nie da się
zaobserwować różnych klas "literackich"? Zdaje się, że tak. Wracamy do wspomnianego na
początku zagadnienia tekstów "literackich" i "nieliterackich". Istotnie, taki
Psałterz floriański
zawiera - jak na swoją objętość - minimalną ilość dialektyzmów. To samo da się powiedzieć
o
Psałterzu puławskim
. Gorzej jest w
Biblii kr
ó
lowej Zofii
, ale i w niej formy gwarowe - to
rari
nantes
. To samo o
Modlitewniku Nawojki, Modlitwach Wac
ł
awa, Rozmy
ś
laniu przemyskim.
Na
równi z nimi można postawić i
Kazania
ś
wi
ę
tokrzyskie.
Jest to bez wątpienia literatura poważna,
pisana na ogół przez ludzi o dość dużych kwalifikacjach. Zapiski sądowe - to inna klasa. Tam się
musiano zadowalać mniej kwalifikowanymi siłami, a przy tym pracowało się pośpiesznie,
w atmosferze nieraz naprawdę gorącej, bo nie było czasu na czuwanie nad językiem notatki, szło
tylko o to, aby nie było wykroczeń, przeciw utartym formułkom. Ale i tam torowały sobie drogę
ogólnopolskie normy, jakkolwiek wolniej niż w tekstach "literackich". Bodaj najmniej
skrępowany był język poezji. Przynajmniej
Legenda o
ś
w. Aleksym
jest w wysokim stopniu
przesycona mazowizmami, w nieco mniejszym stopniu zawiera je
Rozmowa Mistrza ze
Ś
miercią.
Pole obserwacji, jest, niestety, skąpe, uogólnienia są ryzykowne, pociąga jednak myśl, że
wówczas - jak i dzisiaj - w języku poetyckim panowała większa swoboda, bliższy był związek
z językiem mówionym. Może jednak przyczyna była inna: wiersze - to był gorszy gatunek
piśmiennictwa, bardzo prywatny, zajęcie może nawet wstydliwe. Polskie wiersze składali może
ludzie niedouczeni, zawiedzeni w karierze życiowej, stąd i mniej dbali o normę literacką. Jedno
pewne: nie należy staropolskich zabytków wrzucać do jednego worka, nie należy z obecności
liczniejszych dialektyzmów w jednego typu utworach odmawiać innemu rodzajowi praw
literackości.
Polszczyzna XV w. pod jednym względem stała niżej od dzisiejszej: była językiem
pomocniczym, właściwym zaś językiem literackim była łacina. Pomimo to jednak mamy
przynajmniej próby wszystkich istniejących wówczas rodzajów literackich: prozę biblijną,
kaznodziejską, modlitwy, prozę prawniczą, powieściową, listową poezję epicką, obyczajową
(wiersz Słoty), religijno-umoralniającą, satyryczną, miłosną, naukową (traktat Parkosza).
Rzeczywistą produkcję XV w. trudno na ilość ocenić, ale nie można wątpić, że doszły do nas
tylko resztki, może nawet nie najciekawsze. Dziś możemy sobie pokpiwać z poezji, która poucza,
jak pisać poprawnie albo jak w miesiącu rozmieszczone są dni różnych świętych, ale
w średniowieczu ta służebna funkcja sztuki wierszowanej nikogo nie raziła. Poziom artystyczny
musi być oceniany na tle twórczości w języku łacińskim, która wcale tej polskiej nie przerastała.
Wreszcie przypomnę słowa Brücknera, że
Rozmowa Mistrza ze Śmiercią
to "szczyt poezji
polskiej średniowiecznej, którego by się i Rej nie powstydził" ("Bibl. Warsz.", 1893, t. 1, s. 279).
Od wiersza Słoty do
Rozmowy
dokonano jego zdaniem większego postępu niż od
Rozmowy
do
Reja, gdyż język nabiera giętkości i śmiałości, ustala się składnia poetycka, rozwija całe
bogactwo miar i zwrotek.
s.169-170
W XIII w. rozrasta się nowy czynnik wielkiej wagi, mianowicie szkoła. Jakieś nauczanie
musiało w Polsce istnieć od samego początku chrześcijaństwa, mało przecież prawdopodobne,
aby brano do służby kościelnej ludzi, że się tak wyrażę, z ulicy albo żeby wysyłano na studia za
granicę chłopców bez żadnego przeszkolenia na miejscu. A już przecież w XI w. dochodzą
Polacy do godności biskupich (Suła-Lambert, Stanisław Szczepanowski), nie brakło ich chyba
wśród duchowieństwa średniego i niższego. Nauczanie z czasem zostało zorganizowane
w formie szkół, a na wiek XIII przypada ich ilościowy rozrost. Uczono w szkołach, jak przedtem
w nauczaniu niezorganizowanym, oczywiście łaciny; język polski nie był przedmiotem osobnego
nauczania, jednakże jako pomocniczy był on niezbędny. Nie można się było bez niego obejść we
wcześniejszym stadium przy objaśnianiu tekstów łacińskich. Mówiło się po polsku o różnych
sprawach związanych z życiem kościelnym i religijnym, mamy przecież słownictwo religijne
z najdawniejszego okresu chrześcijaństwa. Przełożono chyba jakieś modlitwy i formuły. Jeżeli je
przełożyło niemieckie duchowieństwo w diecezji salzburskiej, dziwne by było, gdyby inaczej
postępowało duchowieństwo w Polsce. Te zaczątki dialektu kulturalnego krzepły i rosły dzięki
powstaniu w XIII w. szkół parafialnych po miasteczkach, a najpóźniej w XIV w. także już po
wsiach. Niektórzy możnowładcy utrzymywali u siebie osobnych notariuszy, kapelanów, którzy
też zapewne uczyli dzieci gospodarzy. W 1. poł. XIV w. pojawiają się w dokumentach ludzie
świeccy, umiejący pisać, nie tylko mieszczanie, ale też szlachta. Choć język polski był
w nauczaniu tylko pomocniczy, zajmował pomimo wszystko pozycję poważną. Wyszło to na jaw
wyraźnie w związku z atakiem niemczyzny na szkołę. Koloniści niemieccy, silniejsi gospodarczo
od ludności polskiej, chętnie widzieli niemieckich nauczycieli, o których było łatwo, ponieważ
waganci, przepędzani z Niemiec, szukali w Polsce schronienia i zarobku. Obronna reakcja
przyszła prędko. Już w 1257 r. synod polskiego duchowieństwa wystąpił z zastrzeżeniami,
a uchwały synodów z roku 1285 i 1287 stawiają sprawę bardzo twardo:
"Postanowiliśmy dla zachowania i dla poparcia języka polskiego, by w poszczególnych
szkołach katedralnych i klasztornych byli wyznaczani tylko tacy magistrzy, którzy doskonale
znają język polski, by mogli chłopcom objaśniać autorów w polskim języku" (Łęczyca 1285).
"Postanawiamy, by wszyscy zarządcy kościołowi proboszcze oraz inni przełożeni
w obrębie wszystkich diecezji polskiego narodu (...), mając sobie przez biskupów powierzone
szkoły, nie ustanawiali Niemców, chyba że są dostatecznie przygotowani w zakresie polszczyzny,
by wykładać chłopcom autorów i łacinę w języku polskim" (rok 1287).
Zarządzono też, aby każdy proboszcz co niedzielę wyłożył
Symbol Wiary, Modlitw
ę
Pa
ń
ską
i
Pozdrowienie Anielskie.
Zalecano ponadto modlitwę za ojczyznę, a nawet dla czujących
się na sile - kazanie. Ustawy nie stwarzają nowych faktów, bronią jedynie stanu posiadania.
Trudno sobie wyobrazić, aby szkoła zupełnie się tym nie interesowała, jaka jest ta
polszczyzna, której się używa i której się broni. Oczywiście, wśród uczących nie brakło
Niemców, język polski kaleczących, ale też chyba nie oni nadawali ton, tylko najlepsi z polskich
nauczycieli. Musiano przy tłumaczeniach zwracać uwagę na dobór słów, co do czego wytwarzała
się szkolna tradycja, ale pewnie też sposób wymawiania nie był obojętny.
s.177-178
Spróbujmy podjąć niewdzięczne zadanie cyfrowego oszacowania członków warstwy
kulturalnej w połowie XIV w. Z. Kaczmarczyk wylicza około 230 stanowisk urzędniczych, czyli
jak byśmy dziś powiedzieli, "posad" (pomijam żupników itp. jako na ogół nie-Polaków). Do tego
można jeszcze dorzucić kilkudziesięciu sędziów i podsędków. Niektóre stanowiska były
dublowane, notariuszy królewskich - pozycja ważna - bywało kilkunastu naraz. Ostatecznie
można by przyjąć około 300 "posad". Część z tego znajdowała się bez wątpienia w rękach ludzi
prymitywnych, lecz za to rekompensatę stanowią kulturalni ludzie nie zajmujący żadnych
stanowisk. Liczebność kleru dałaby się pewnie bliżej określić. Organizacja parafialna była już
zasadniczo gotowa. Na samym Śląsku miało parafii być około 700, tu jednak duża część była
w rękach Niemców. Diecezja krakowska (bez części śląskiej) liczyła około 500 parafii. Pozostałe
diecezje liczyły chyba razem więcej niż krakowska, czyli nie będzie przesady, gdy się powie, że
wraz częścią śląskich około 2000 parafii było w rękach polskich księży. Doliczyć by jeszcze
trzeba niemożliwą do określenia ilość wikariuszy, duchowieństwa katedralnego, kolegiackiego,
klasztornego (tylko Polaków); dojdzie się wtedy może do 2500 duchownych, a wraz ze
świeckimi do 3000 ludzi przynależnych do warstwy kulturalnej. (Ale mazurzenia nie znała cała
ludność Wielkopolski, Kujaw i Pomorza). Liczba ta rosła z każdym rokiem. Według Karbowiaka
(A. Karbowiak, Dzieje wychowania i szkół w Polsce w wiekach średnich, t. 2, Petersburg 1903,
s. 398.) w pierwszych dziesiątkach XV w. było w szkołach więcej chłopców pochodzenia
szlacheckiego niż mieszczańskiego, czyli stosunki uległy w ciągu 2. poł. XV I w. dokładnej
zmianie. Można by więc liczbę ludzi ze szkolnym wykształceniem szacować wtedy na jakie
5000. Według A. Wolffa (W. Kuraszkiewicz. A. Wolff, Zapiski i roty polskie XV - XVI wieku
z ksiąg sądowych ziemi warszawskiej. "Prace Komisji Językowej PAU" nr 36. Kraków 1950,
s. XII n.) w zapiskach sądowych warszawskich w ciągu jednego pokolenia XV w. można
rozpoznać przeszło 30 rąk. Jeżeli tak było w ośrodku dość prowincjonalnym, to w całej Polsce
piszących naprawdę musiało być dobrych parę tysięcy. Ci to skromni mazowieccy pisarkowie
umieli na ogół unikać w piśmie mazurzenia, usunęli około roku 1460 spójnik

na rzecz
i
ż, nieco
później usunęli z pisma wymowę
reno
,
jebłko
. Wyraźny to znak dążenia do lepszego języka.
s.182-183
Jakżeż jednak z poglądem, że język pisany był ustabilizowany już w XV w., pogodzić
przełom językowy, który wedle rozpowszechnionego przekonania zaszedł w 1. poł. XVI w.? Co
sądzić o skargach ówczesnych na "grubość" starszego języka? Chodzi tu, moim zdaniem, o dwie
rzeczy. Po pierwsze, początkowo do druku szły dawne, XV-wieczne teksty, które z natury trąciły
już myszką. Ich słownictwo przeciążone było archaizmami, czechizmami, wyrazami sztucznymi,
które w kręgach średniowiecznej szkoły były znane, ale szerzej w społeczeństwie nie zdążyły się
ugruntować. Przykładem może być wyraz ż
yrzec
, o którym pisałem w JP XXVIII. Posługiwano
się nim w XV w., obok niego używano także wyrazu
starosta wesela
, do nowszych przekładów
ż
yrzec
się już nie dostał, lecz
starszy
lub
prze
ł
o
ż
ony wesela
. Podobny los spotkał wiele innych
słów. Czyszczenie języka powtarza się co pewien czas w związku ze zmianami społecznymi po
okresach konserwatyzmu.
s.185
Po drugie, skargi na "grubość", "nieforemność" związane były z poszerzeniem się funkcji
języka literackiego. W wieku XV był on pomocniczym językiem religijnym, językiem sądowym,
w XVI w. staje się narzędziem walki politycznej (nie tylko, jak dotąd, w mowie) i religijnej. Musi
się on naginać do nowych celów. Nie wystarcza mu dawne słownictwo, nie wystarczają
konstrukcje słowne. Stawia się też językowi wyższe wymagania stylistyczne, żąda się nowych
środków wyrazu. Ma on dorównać łacinie. Mocno to akcentuje prof. Milewski, gdy o nim mówi,
że do połowy XVI w. był dialektem pomocniczym w stosunku do łaciny: posługiwało się nim
niższe duchowieństwo, nie umiejące po łacinie, pisano nim tylko rzeczy dla ludu, nie miał zaś
wstępu do literatury "wyższej", przede wszystkim teologicznej. Był więc w porównaniu z łaciną
funkcyjnie upośledzony. Dopiero polemika religijna poprawiła jego pozycję: "Dzięki działalności
protestantów polski język literacki był około r. 1560 systemem norm dość sprecyzowanych,
o dużym prestiżu społecznym. Brakowało jednak wewnętrznego zróżniczkowania, specjalizacji.
Nie odróżniano jeszcze języka poezji od języka prozy artystycznej, a tego ostatniego od języka
prozy technicznej i codziennej". Stało się to w najbliższych dziesiątkach lat w Krakowie
w kołach dworskich (Milewski, Genealogia społeczna polskiego języka literackiego, "Wiedza
i Życie" XIX, 1950, s.269).
Nasza słaba znajomość języka XVI w. nie pozwala, moim zdaniem, stanowczo stwierdzić,
że nie było przed połową wieku zróżnicowania stylistycznego; sądzę, że było przeciwnie. Bez
wątpienia jednak ma sporo racji prof. Milewski, gdy odmawia polszczyźnie równych praw z
łaciną. Bez wątpienia też autorytet polszczyzny ogromnie wzrósł w ciągu XVI w., nie znaczy to
jednak, że wziął nad łaciną górę i że zapanował we wszystkich funkcjach.
W szczególności pozostała łacina językiem naukowym i dopiero w XIX w. z tej roli ostatecznie
wyszła, nie od razu nawet ustępując na rzecz języka polskiego, lecz nowoczesnych języków
europejskich, ponieważ uczeni się obawiali, że ich dzieła pozostaną światu nie znane, jeżeli się je
ogłosi po polsku. Wzgląd właśnie na szerokość oddziaływania zawsze utrudniał funkcyjny
rozrost naszego języka literackiego. Ale nie zapominajmy, że i twórczość artystyczna w języku
łacińskim była w XVI w. bardzo poważna, czyli nawet od tej strony był język polski wobec
łaciny jeszcze upośledzony.
Być może jednak, że funkcyjny wzrost języka literackiego tak był koło połowy XVI w.
istotny, że uznamy ten czas za przełomowy. Być może skłoni to z kolei specjalistów do poglądu,
że od tej pory dopiero należy datować początek języka polskiego. Taki punkt widzenia o tyle
byłby możliwy, że obok normy językowej funkcja, jaką język literacki spełnia, jest jego istotną
cechą. Nacisk poło <żony na stronę funkcjonalną rozwoju języka pols> kiego uważam za dużo
szczęśliwszy niż nacisk na stronę artystyczną, broniony przez prof. Taszyckiego. Wzgląd tedy na
funkcję, być może, skłoni w przyszłości do datowania początków języka literackiego na 2. poł.
XVI w., czyli przyzna rację prof. Taszyckiemu i Milewskiemu, a nie ich przeciwnikom ze mną
łącznie.
Zwycięstwo jednak, gdyby - w co wątpię - od tej strony przyszło, będzie pozorne.
W gruncie rzeczy chodzić będzie o dwa różne punkty widzenia. Gdy bowiem prof. Nitsch, Lehr-
Spławiński, a także Brückner dopatrywali się początków języka literackiego, a zwłaszcza
dialektu kulturalnego wcześniej i wiązali go (pierwsi dwaj) z Wielkopolską, to mieli na myśli
system fonetyczno-fleksyjny. Prof. zaś Milewski kładzie nacisk na funkcję. Każdy z obozów
odpowiada więc na inne pytanie. Także prof. Taszycki, gdy się opiera na jakoby zbyt niskim
poziomie artystycznym utworów XV i 1. poł. XVI w., nie odpowiada na to pytanie, co
zwolennicy Wielkopolski.
s.185-186
S. Urbańczyk,
W sprawie polskiego języka literackiego.
W:
Prace z dziejów języka polskiego.
Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1979.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]