Stanton Mary - Anielscy Obrońcy(2), ebooki

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Mary Stanton
ANIELSCY OBROŃCY
Tłumaczył Maciej Płaza
Replika
1
Jeden
Ludzi... wiesza się tylko w następstwie tej
niefortunnej okoliczności, że są winni.
Robert Louis Stevenson i Lloyd Osbourne, Bagaż nie z tej ziemi tłum. Henryk Krzeczkowski
-
Skazani na śmierć przez powieszenie... co do jednego - powiedziała z wielkim zadowoleniem Lavinia Mafher.
A jakże. Są deweloperzy, co daliby mi za to miejsce kupę forsy, gdyby tylko Towarzystwo Historyczne w
Savannah pozwoliło mi odkopać nieboszczyków. Ale gdzie tam! To jedyny taki cmentarz w całej Georgii:
prywatny, z samymi mordercami, a w dodatku cacany zabytek! - Miękkie białe włosy tworzyły delikatną aureolę
wokół jej mahoniowej twarzy, a uśmiech, jakim obdarzyła Briannę, był anielsko słodki. - Pani jest prawniczką,
panno Winston-Beaufort?
-
Tak, proszę pani - odparła Brianna.
-
Coś podobnego! - pani Mather z podziwem potrząsnęła głową. - Mam prawnuki starsze od pani.
Brianna, zgodnie z tradycjami Południa wychowana w szacunku dla starszych, odpowiedziała skromnie:
-
To niemożliwe, proszę pani. Zrobiłam aplikację już pięć lat temu. Mam dwadzieścia dziewięć lat.
-
Ano, skoro tak twierdzisz, skarbie. Tak czy owak, jeśli jesteś prawniczką, to może byś mi wyświadczyła
przysługę i wytoczyła jakiś ładny procesik tym typkom z Towarzystwa Historycznego, żeby poszli z torbami? Jak
mnie od nich uwolnisz - mrugnęła szelmowsko - to obniżę ci czynsz.
- Hmmm... Broc mruknęła znacząco.
Ze wszystkich sił starała się zataić przed przebojową panią Mather przerażenie, jakie wywołał w niej opłakany
stan posesji. Nie dało się ukryć, że cmentarz był jedną wielką zachwaszczoną ruiną. Nie spodziewalibyście się
zobaczyć czegoś takiego w centrum Savannah, i to o rzut beretem od modnych okolic West Bay Street. Samotna
magnolia straszyła uschniętymi gałęziami. Azalie były zaniedbane. Lebioda zasłaniała nagrobki. Jedynymi
roślinami, które przypominały o tym, że znajdują się w najpiękniejszym mieście Georgii, były dęby wirginijskie.
Srebrzyste pnącza oplątwy porastały gałęzie i zwisały nad grobami.
Kiedy po raz pierwszy Bree przeczytała ogłoszenie, była pewna, że to pomyłka:
Pod wynajem. Doskonały lokal biurowy. 600 stóp kw.
Wspaniała nadrzeczna lokalizacja. 300 $ mies. Tel. 555 12 25.
Mieszkała w Savannah zaledwie od tygodnia, ale nie trzeba było wiele czasu, by się zorientować, że cena wy-
najmu sześciuset stóp kwadratowych powierzchni biurowej w okolicy rzeki, i to w jakimkolwiek stanie, byłaby
czterokrotnie wyższa niż kwota podana w ogłoszeniu. A przecież Bree musiała gdzieś pracować, dopóki nie
skończy się remont biura stryja Franklina. Zadzwoniła zatem, umówiła się na poranne spotkanie i odkryła, że
lokalizacja jest lepsza, niż można było oczekiwać; posesja przy Angelus Street 66 leżała między Mulberry Street i
Houston Street, o jedną ulicę od East Bay. Ze swojego domu przy Factor's Walk Bree mogła tu przychodzić
pieszo.
- Problem w tym - przyznała smutno Lavinia - że wszystkich trochę odstrasza ten cmentarz. - Znad rzeki po-
wiało wilgotnym chłodem. Lavinia zadrżała lekko i otuliła znoszonym swetrem swoje chude ramiona. - Nie
byłoby 8 leszcze tak źle, gdybym ruszyła tyłek i ździebko te groby wysprzątała. Ale mój silnik już nie odpala tak
szybko.
Ze smutkiem przygryzła dolną wargę. - No cóż, chyba widziałaś już wszystko.
Bree położyła ciepłą rękę na ramieniu starszej pani i powiedziała dyplomatycznie:
-
To żaden problem, wystarczy okopcować krzewy i posadzić trochę azalii. Chciałabym zobaczyć biuro. Chyba
wspominałam, że potrzebuję go na krótko? Najwyżej na pół roku.
Pani Mather po swojemu rozpromieniła się w uśmiechu.
-
Może ci się tu spodobać o wiele bardziej niż ci się teraz wydaje.
Lokalem do wynajęcia był parter niewielkiego domu wybudowanego w początkach osiemnastego stulecia - w
czasach, gdy na ulicach Savannah zalegało błoto i koński gnój, a na każdym rogu rozbrzmiewały krzyki
aukcjonerów prowadzących licytacje niewolników. Dom stał pośrodku niewielkiego cmentarzyku pełnego
zaniedbanych grobów. Bree przyszło do głowy, że panujący dokoła brud i rozkład mogły odstraszać potencjalnych
najemców. A co powiedzą jej klienci? Brr...
Dom wraz z cmentarzem otaczało ogrodzenie z kutego żelaza; w Savannah nie było to niczym nadzwyczajnym,
podobnym płotem ogrodzony był każdy dom w obrębie Historie District. W tym zwracał jednak uwagę brak typo-
wych motywów roślinnych: liści magnolii czy bluszczu. Każdy segment składał się z pięknie wykutych
sferycznych form, które zdawały się wirować w promieniach słońca.
Ściany domu wyłożone były od zewnątrz zniszczonymi, wyblakłymi deskami, błagającymi o pędzel i farbę.
Dach był jednak nietknięty (przynajmniej sprawiał takie wrażenie), dobrze trzymały się też okna i framugi drzwi.
Może wnętrze domu nie będzie aż tak obskurne.
Wchodząc po osypujących się ceglanych schodkach, Bree na wszelki wypadek trzymała rękę na ramieniu pani
2
Mather. Staruszce udało się sforsować zamek i Bree weszła za nią do środka, gdzie wybuchła jej prosto w twarz
feeria wspaniałych kolorów.
- Nie do wiary! - wyrwał jej się niegrzeczny okrzyk. Ugryzła się w wargę. - Proszę wybaczyć, pani Mather.
Pani Mather musiała być jednak trochę przygłucha albo po prostu taktownie postanowiła przemilczeć jej wy-
buch. Znalazły się w niewielkim korytarzu, wyłożonym dobrze utrzymaną podłogą z sosnowych desek. Po prawej
stronie widać było strome schody prowadzące na piętro. Pionowe powierzchnie stopni pokrywały wspaniale odma-
lowane średniowieczne wizerunki aniołów. Ich szkarłatne szaty przybrane były wstążkami barwy głębokiej
purpury. Sztywne złote aureole unosiły się nad głowami aniołów niczym wschodzące słońca. Srebrzyste włosy
spływały po ramionach aż do obutych stóp. Aniołowie maszerowali po schodach w zwartym szyku, zmierzając w
stronę krótkiego półpiętra, a dalej znikali za rogiem. Bree uczuła, że wzbiera w niej gorące pragnienie obejrzenia
całego fryzu. Kontrast między tym plastycznym przepychem i zachwaszczoną ruiną na zewnątrz był
zdumiewający. Była już w połowie schodów, kiedy głos pani Mather przywrócił jej przytomność:
- Chodźmy do salonu, skarbie.
Bree z ociąganiem zeszła po pięknych schodach i przeszła przez korytarz do niewielkiego pustego salonu. W
drugim końcu pomieszczenia widniał ceglany, pomalowany na biało kominek. Ściany były wyłożone pięknie
wypolerowanymi dębowymi panelami.
- Uwaga na głowę - powiedziała Lavinia z wnętrza salonu, gdy Bree wchodziła do środka.
Sufity były niskie, podobnie jak w Plessey, rodzinnym domu Bree w Raleigh. Aczkolwiek - pomyślała ponuro
- jedynymi pomieszczeniami w jej domu równie małymi jak ten salon były położone na trzecim piętrze dawne
pokoiki dla służby. Przez nikogo już zresztą nieużywane.
Salon mierzył jakieś piętnaście na piętnaście stóp. Kominek z neoklasycystycznym gzymsem zajmował jedną
ścianę. Ściana zewnętrzna miała jedno okno, za którym widniała dzika plątanina chwastów. W ścianie naprzeciw
okna znajdowały się zamknięte drzwi, a po obu stronach drzwi dwa łukowe przejścia do małych pokoików.
- Tam w lewo idzie się do kuchni - powiedziała zachęcająco Lavinia. - Jak pójdziesz na prawo od drzwi, trafisz
do milutkiej jadalni. A za drzwiami jest sypialnia. - Otworzyła drzwi, ukazując pomieszczenie, które ledwie mogło
pomieścić wąski tapczan i komodę. - Tutaj możesz sobie urządzić gabinet. We frontowym pokoju posadzisz jakąś
sekretarę i co tam jeszcze chcesz, a w jadalni możesz przyjmować klientów.
Bree obeszła dokoła pusty salonik i zatrzymała się przy jedynym oknie. Wychodziło wprost na omszałe
nagrobki. Grunt przed nagrobkami był pozapadany. Studiując na Uniwersytecie Duke, Bree zaliczyła kurs śledczy
i wiedziała, co to oznacza: ciała grzebane bez trumny rozkładają się tak szybko, że ziemia, którą je przysypano, w
ciągu miesiąca zaczyna się zapadać, czasem nawet na stopę głęboko. Bree przyglądała się grobom poprzez
nierówną okienną szybę. Wszystko wskazywało na to, że ciała wrzucano bezceremonialnie do dołów, oczywiście
bez trumien. Może nawet bez jakiegokolwiek całunu.
Fuj. Nie był to najlepszy widok dla przyszłych klientów. Nagle poczuła na karku ciepły oddech i aż
podskoczyła.
-
Rusza się tam coś? - Lavinia oparła o nią swoje kruche ciało i spojrzała przez ramię na zewnątrz. - To pewnie
Josiah Pendergast.
-
Rusza się? - wykrzyknęła zdumiona Bree. - Nie, proszę pani, skądże.
-
To dobrze - powiedziała Lavinia z zadowoleniem. - Może to miejsce już zaczyna na ciebie działać.
-
Ale co ma pani na myśli - spytała Bree po długiej, podszytej niepokojem chwili, wpatrując się w nagrobek
opatrzony napisem: „R.I.P .J. Pendergast" - pytając, czy coś się tam rusz?
-No cóż, musiałaś mnie o to spytać, ale ja nie muszę ci odpowiadać. Ktto jak kto, ale ty sama powinnaś to
wiedzieć, skarbie. Z nagłą zaciekłością Lavinia wydęła dolną wargę. No dobra, bierzesz ten dom?
-No cóż... wyjąkała Bree, odwracając się od okna. Cmentarz! Jej rodzina wpadnie w szał. - Nie spodziewałam
się, że będę szukać lokalu na biuro - przyznała. - Mój stryjeczny dziadek Franklin umarł niedawno. Przekazał mi w
testamencie swoją kancelarię w Savannah.
-
Franklin Winston-Beaufort - strapiona Lavinia zasłoniła dłonią usta. - Ten pożar go załatwił, zgadza się?
Biedaczek. Biedaczek. Mierzył za wysoko, daję słowo. Uratowały się jakieś meble? Czy wszystko poszło z dy-
mem? - przez krótką chwilę Bree miała wizję starszej pani w płomieniach. Siwe włosy otaczały jej ciemną,
pomarszczoną twarz niby ognista aureola.
Bree mimowolnie cofnęła się o krok i złudzenie pierzchło. Głosem niewiele głośniejszym od szeptu spytała
stanowczo:
- Co pani wie o moim wuju? Lavinia powoli pokręciła głową.
-
W takim mieście trudno nie słyszeć o takich wypadkach - powiedziała. - Chyba się domyślasz.
-
Domyślam się - odpowiedziała Bree jak echo. Potarła oczy. Od przyjazdu do Savannah nie spała najlepiej.
Była przemęczona. - Niewiele ocalało. Jego biurko. Fotel. Pożar, w którym zginął, był gwałtowny, ale spalił tylko
kancelarie prawne. Reszta budynku ocalała.
-
Mówisz o tym budynku naprzeciw Świątyni, zgadza się? Słyszałam, że go remontują od góry do dołu.
Bree odpowiedziała jej smutnym uśmiechem.
-
Deweloper przeprowadza generalną renowację budynku i nie mogę się tam teraz wprowadzić. Testament
wuja był dość osobliwy. Pozostawił mi w spadku swoich klientów. Rozglądam się więc za tymczasowym biurem,
mam na oku parę różnych lokali, a to...
- Parę lokali - przedrzeźniała ją zgryźliwie Lavinia. Jasne. Czy któryś z tych lokali leży w odległości czterech
ulic od twojego domu?
-
No... nie - Bree przebierała palcami we włosach. Skąd staruszka wiedziała, gdzie ona mieszka?
- No więc te miejsca. Można tam trzymać psy? Bree zamrugała oczami.
-
Pani Mather, ja nie mam psa. I na pewno nie wspomniałam pani o tym, gdzie mieszkam.
3
Lavinia wyciągnęła kościsty palec w stronę Bree i dotknęła jej pięknie skrojonego, szarego, prążkowanego
kostiumu, prosto z drugiego piętra Saks Fifth Avenue w Raleigh--Durham.
-
Jeśli to nie jest psia sierść - powiedziała zwięźle - to ja jestem holenderskim białasem. Samotna dziewczyna
zazwyczaj więcej zajmuje się swoim psem niż swoją mamą.
Bree otrzepała spódnicę. Lśniło na niej kilka złotych kłaczków, jak gdyby duży golden retriever otarł się głową
o jej kolano. Otworzyła usta, żeby zaprotestować. Nie miała psa. Nie natknęła się na żadnego psa, idąc na
spotkanie. A swoją drogą skąd Lavinii przyszło do głowy, że to właśnie psia sierść? Bree potarła odrobinę
kłaczków między palcami.
W zasadzie wyglądały zupełnie jak sierść psa. Zatem Lavinia się nie myliła. Ale Bree na pewno zapamiętałaby,
gdyby tego ranka głaskała jakiegoś psa.
-
A skąd wiem, gdzie mieszkasz? - ciągnęła Lavinia. - Phi! Mój siostrzeniec Rebus już dawno temu
zainstalował mi taki aparat, co identyfikuje numery. Cyfry 848 to te stare rezydencje przy Factor's Walk. To stary
numer. Co znaczy, że już trochę tu mieszkasz.
-
No cóż, moja rodzina trochę już tu mieszka - przyznała Bree. - Właśnie w jednej z rezydencji.
Przyjeżdżałyśmy tam każdego lata razem z moją siostrą Antonią.
-No proszę! Dopiero co opuściłaś cacaną firmę prawniczą swojego papy w Północnej Karolinie, przyjechałaś
tutaj, żeby zdobywać świat, i nie chcesz wynająć tego biura za trzysta dolarów miesięcznie?
Czy Bree wspomniała jej o firmie prawniczej ojca? Raczej nie.
-Cóż... - Bree znów zaczęła się plątać, a to nie było w jej stylu. Jeśli przez trzy lata prawniczej praktyki czego-
kolwiek się nauczyła, to właśnie zdecydowania. - Po prostu nie jestem pewna, pani Mather.
-
Mów mi Lavinia, skarbie - powiedziała starsza pani. - Wiesz, jednej rzeczy w dzisiejszych czasach nie
znoszę: manier młodziaków. Ale widzę, że twoja mama trochę cię nauczyła, więc opuszczaj śmiało tę panią
Mather i mów mi po imieniu.
-
To miłe z pani strony - odparła Bree z roztargnieniem. Z miejsca, w którym stała, mogła zajrzeć do małej
kuchni. Zobaczyła lodówkę - starego, garbatego kolosa, jakiego można jeszcze zobaczyć w powtórkach Leave It
to Beaver albo innych seriali z lat pięćdziesiątych.
-
Chciałabym wiedzieć - mówiła dalej Lavinia z emfazą w głosie - gdzie spodziewasz się znaleźć dobry i
równie tani lokal?
Jeszcze raz, tym razem uważniej, Bree obejrzała pokoje. Sekretarka z asystentką mogą siedzieć razem w
salonie. I chyba nawet zmieści się tam jeszcze mała sofka i stolik do kawy. W sypialni da się urządzić niezłe biuro.
Do maleńkiej staroświeckiej kuchni wstawi się mikrofalówkę i będzie tam zupełnie niezłe pomieszczenie socjalne.
Miała nadzieję, że urządzenie biura nie będzie jej zbyt wiele kosztowało; im mniejszy lokal, tym mniej potrzeba
mebli.
-
Moje pokoje i warsztat są na górze - powiedziała Lavinia. - Ale ja pracuję zazwyczaj w nocy, więc nie będę
ci ani trochę przeszkadzać. I będę pilnować, żeby moi milusińscy nie schodzili na dół i nie sprawiali ci kłopotu.
Bree udało się ukryć zdziwienie.
Masz dzieci?
Chichot, jakim wybuchła Lavinia, był tak zaraźliwy, że Miee sama zaczęła się śmiać.
W moim wieku, moja panno? Nie, nie mam tam żadnych dzieci.
A więc zwierzaki. Bree ufała ludziom, którzy trzymają zwierzęta. Jeszcze raz rozejrzała się dokoła. Lavinia
miała incję. Lokal był naprawdę okazyjny, nawet uwzględniając ohydne otoczenie i tajemniczą złotą sierść. A jeśli
chodzi o cmentarz - kilka weekendów z motyką i sekatorem odmieni go nie do poznania.
Bierz. - Bree usłyszała głos w swojej głowie. Ufała temu wewnętrznemu głosowi. Towarzyszył jej przez całe
życie. Kazał jej iść na studia prawnicze, potem do pracy w firmie ojca, a wreszcie przysłał ją tutaj, do Savannah.
Próbował ją też ostrzec przed jej ostatnim facetem, Szczurem Pay-tonem. Wówczas już go nie posłuchała. No i
proszę, jakie nieszczęście z tego wynikło.
Weźmie ten lokal.
-
Byłabym bardzo wdzięczna, mogąc wynająć od ciebie ten lokal, Lavinio.
- Byłabym szczęśliwa, mogąc ci go wynająć, skarbie.
Uroczyście uścisnęły sobie dłonie. Lavinia miała suche i chłodne palce, w dotyku przypominały kości małych
ptaków.
Podjąwszy wreszcie decyzję, Bree odetchnęła z ulgą.
-
Czy mogłabym teraz rzucić okiem na umowę? - Była już w swoim żywiole; do tej pory czuła się niepewnie,
jakby ktoś ją wyrzucił poza znany jej teren.
-
Umowę? - prychnęła Lavinia. - Skarbie, po cóż mi umowa? Jak będzie ci tu dobrze, możesz wynajmować ode
mnie to miejsce tak długo, jak zechcesz. Jak ci się nie spodoba, rozstaniemy się w pokoju.
-
Ależ to dla mnie poważna inwestycja, pani Ma... to znaczy Lavinio. I nie wierzę, żeby żadna z nas...
14
4
Żadnej umowy - Lavinia potrząsnęła głową. - Nie ufam sądom. Nie ufam prawu. Ufam Bogu. I temu - dodała
stanowczo - co sama dobrze przetrawię.
Bree zawahała się.
Ona ma rację.
Naprawdę ufała temu głosowi; w końcu była to jej własna, doskonale rozwinięta intuicja, czyż nie? To ona
wyciągnęła ją z Raleigh, uwolniła od pracy dla zwariowanego, choć cudownego ojca, Royala Winston-Beauforta, i
przywiodła tutaj, do Georgii, gdzie powietrze aż pachniało wolnością. Nie musiała przejmować klientów po
stryjecznym dziadku; testament nakazywał tylko „pilnować, czy niczego im nie potrzeba" i jeśli naprawdę nie
będzie miała ochoty się nimi zajmować, może odesłać ich do innych firm. Mimo wszystko Savannah była dla niej
szansą zdobycia niezależności i tego należało się trzymać.
-
Więc dobrze - powiedziała Lavinia, jakby słyszała ten wewnętrzny dialog. Wymaszerowała z jadalni i przez
salon wyszła na korytarz. Bree ruszyła za nią. Nogi miała długie, zwłaszcza w porównaniu z malutką Lavinią, ale
musiała się spieszyć, żeby za nią nadążyć. Lavinia już niecierpliwie kręciła gałką u drzwi.
-
Skarbeńku, mam mnóstwo roboty na górze. Więc jeśli nie masz nic przeciwko, zechciej, jak to się mówi,
odprowadzić się sama. Możesz zacząć się wprowadzać już jutro
-
wyjrzała na zewnątrz i rozejrzała się na wszystkie strony.
-
Tylko dobrze zatrzaśnij drzwi. Sąsiedzi są w porządku, ale te dzisiejsze dzieciaki są nieobliczalne. Nie
wspominając o Josiahu Pendergaście z parszywego starego świata. Cmentarz morderców to jedyne miejsce dla
takiego potwora.
Prawniczy zmysł podsunął Bree pewną myśl:
-
A czy nie przydałaby ci się umowa najmu ot tak, dla własnego bezpieczeństwa, Lavinio? To znaczy,
oczywiście bardzo mi pochlebia, że wierzysz mi na słowo. Ale masz zupełną rację: świat naprawdę potrafi być
okrutny. Co byś powiedziała, gdybym jutro przyniosła ze sobą standardową umowę, tak na wszelki wypadek?
-
Phi! - odparła Lavinia. - Możesz sobie wsadzić swo-|i| standardową umowę tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Uniosła rękę i nawinęła sobie na palec kosmyk włosów Iłrcc. - To chyba naturalny kolor, skarbie?
No... tak - Bree zarumieniła się. Nie była zbyt podatna iui pochlebstwa, ale miała kilka słabych punktów.
Jednym / nich były włosy: bujne, długie, bardzo jasne i puszyste.
Lavinia przybliżyła się do niej. Bree poczuła korzenny zapach suszonych ziół i jeszcze jakiś, słodszy, jakby woń
egotycznych kwiatów.
-
Widzisz te anioły wymalowane na schodach? Twoje włosy są dokładnie tej samej barwy co włosy
najdzielniejszego i najlepszego spośród nich. - Uśmiech rozjaśnił jej twarz niczym słońce wynurzające się zza
horyzontu. - To miejsce jest ci przeznaczone. To pewne.
Pewne jest to, myślała potem Bree, że jej nowa gospodyni ma lekkiego świra. Ale świr Lavinii był
zdecydowanie mniejszy niż cioci Corinne-Alice czy stryjecznego dziadka Franklina. Tych dwoje parało się
naprawdę niesamowitymi rzeczami. A mimo to Bree przeżyła w ich towarzystwie całkiem udane dzieciństwo.
-
W takim razie do jutra - powiedziała. I dziękuję... Lavinia rozwiała się na ozdobnych schodach jak obłoczek
dymu, zostawiając za sobą tylko zapach ziół i kwiatów.
-
Pani Mather? Lavinio?
Odpowiedziało jej tylko zdecydowane trzaśniecie drzwi na piętrze. Bree powiedziała nieco głośniej:
-
Przyjdę o dziesiątej, dobrze?
Nie usłyszała już ani słowa od swojej przyszłej gospodyni. Od strony schodów płynął tylko zapach nieznanych
kwiatów, słychać było też dreptanie małych stóp. To pewnie kot, może niewielki pies. Zapach był całkiem miły,
Bree zaciągała się nim z przyjemnością. Pewnie róże, może coś jeszcze. Bree odczekała dłuższą chwilę, na
wypadek gdyby Lavinia jednak zdecydowała się jej odpowiedzieć, po czym wyszła frontowymi drzwiami.
Z zachodu powiała mocniejsza bryza, przynosząc znad cmentarza woń rozkładu. Bree zastygła w przerażeniu.
Wewnątrz Lavinia na pewno stosowała odświeżacz powietrza; tu, przed domem, smród był straszliwy. Aż dziw, że
nie poczuła go wcześniej.
Niezdecydowana stała na szczycie schodów, porażona nagłym przeświadczeniem, że wynajęcie domku było
wyjątkowo głupim pomysłem. Jeśli klienci wuja Franka nie mieli uszkodzonego narządu węchu, żaden z nich nie
przyjdzie na drugie spotkanie. A nowi klienci będą też musieli mieć wyjątkowo słaby wzrok, żeby nie odstręczył
ich zapuszczony cmentarz. Towarzystwo Historyczne pewnie nie miałoby nic przeciwko temu, żeby posadzić tu
trochę roślin i okopcować krzewy, ale Bree szczerze wątpiła, czy przystałoby na propozycję przekształcenia tego
miejsca w bardziej przyjazne poprzez przeniesienie grobów na normalny cmentarz.
Nagle pomyślała o Pendergaście. Lavinia była przekonana, że Josiah zupełnie nie zasługuje na spoczynek na
normalnym cmentarzu. „To jedyne miejsce dla takiego potwora" - powiedziała.
Bzdury. Trupy nie były mieszkańcami posesji, zajmowały tylko miejsce. Jak meble. Choć patrząc z
perspektywy przyszłego klienta, wyjątkowo nieciekawe meble, w dodatku nienadające się do wyrzucenia na
śmietnik.
Z drugiej jednak strony dom był zaciszenie położony. Znajdował się na tyle daleko od Bay Street, że miejski i
portowy hałas nie był głośniejszy od zwykłego pomruku. A to z pewnością był duży plus.
Zgniły odór unosił się jednak wokół niej jak upiorna peleryna. Bree zatkała sobie nos, ale nic to nie dało. Smród
był wszędzie. Nie, cisza jednak nie wystarczy. Nic z tego nie będzie. Odwróciła się w stronę frontowych drzwi i
wyciągnęła rękę, żeby zapukać. Powie pani Mather, że przykro jej, ale rezygnuje. Na pewno znajdzie się inny
najemca.
Wtem krzyk cierpienia rozdarł powietrze.
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]