Stefan Żeromski - Przedwiośnie, ►Dla moli książkowych, Zeromski, Stefan

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Rodowód
Stefan ¯eromski - Przedwio¶nie
Nie chodzi tutaj - u kaduka! - o herb ani o szeregi przodków podgolonych, z sarmackimi w±sami i
przy karabelach - ani wydekoltowane prababki w fiokach. Ojciec i matka - otó¿ i cały rodowód, jak to
jest u nas, w dziejach nowoczesnych ludzi bez wczoraj. Z konieczno¶ci wzmianka o jednym
dziadku, z musu notatka o jednym jedynym pradziadku. Chcemy uszanowaæ nasycon± do pełna
duchem i upodobaniem semickim awersjê ludzi nowoczesnych do obci±¿ania sobie pamiêci
wiadomo¶ciami, w którym ko¶ciele czy na jakim cmentarzu dany dziadek spoczywa.
Otó¿ - ojciec nosił nazwisko Baryka, imiê Seweryn, które na rozłogach rosyjskich zbytnio nie raziło.
�Siewierian Grigoriewicz Baryka" - uchodziło wtedy, prze¶lizgiwało siê niepostrze¿enie.
Matka była niewidoczna, samoswoja, najzwyczajniejsza Jadwiga D±browska, rodem z Siedlec. Całe
prawie ¿ycie spêdzaj±c w Rosji, w najrozmaitszych jej guberniach i powiatach, nie nauczyła siê
dobrze mówiæ po rosyjsku, a duchem przemieszkiwała nie gdzie¶ tam na Uralu czy w Baku, w
Symbirsku czy zgoła w Tule, lecz wci±¿ w Siedlcach. Tylko w Siedlcach - choæ to jedynie z listów i
gazet wiedziała - działy siê dla niej rzeczy wa¿ne, interesuj±ce, godne wzruszenia, pamiêci i
têsknoty. Wszystko inne, poza mê¿em i synem, była to przygodna, doczesna, przelotna suma
rzeczy i zdarzeñ, wzbudzaj±ca coraz wiêksz± têsknotê wła¶nie za Siedlcami. W najpiêkniejszej
miejscowo¶ci - oazie naftowej pustyni, Baku - kêdy¶ na tak zwanym Zychu, w zatoce Półwyspu
Apszeroñskiego, woniej±cej od kwiatów i ro¶linno¶ci Południa, gdzie przejrzyste morze szmerem
napełniało cienie nadbrze¿nych gajów, pani Barykowa nie miała zawsze nic pilniejszego do
nadmienienia jak stwierdzenie, ¿e na Sekule był �tak¿e" bardzo piêkny staw, w Rakowcu
były nadto ł±ki - gdzie! piêkniejsze ni¿ jakiekolwiek na ¶wiecie a kiedy ksiê¿yc ¶wiecił nad
Muchawk± i odbijał siê w stawie około młyna... Nastêpowało nieuniknione ¶limaczenie siê wpo¶ród
długotrwałego wypominania piêkno¶ci jakich¶ tam mokrych ł±k pod Iganiami, lasku pod Stoczkiem,
a nawet szosy ku Mordom, która - ¿al siê Bo¿e! - tak¿e była we wspomnieniach pełna nie tylko
błota, kurzu i stałych wybojów, lecz i uroku.
Ju¿ po raz pierwszy, wnet po ¶lubie, jad±c przez Moskwê pani Barykowa (Jadwiga z D±browskich)
wsławiła siê była po¶ród polonii rosyjskiej rozmow± zjamszczykiem.. Gdy bowiem powóz, w którym
siedziała, trz±sł niemiłosiernie na wybojach mostowej, strofowała kuczera siedz±cego na ko¼le,
obrzêdowo i poniek±d urzêdowo wypchanego sowicie we wszystkich kierunkach: - �Co to
tutaj u was takie płoche bruki!" Powtarzała tê wymówkê raz, drugi i trzeci, w miarê zniecierpliwienia,
a¿ do chwili katastrofy. Wo¼nica ogl±dał siê na ni± kilkakroæ, z oburzeniem, a gdy jeszcze raz
powtórzyła okrzyk uskar¿aj±cy siê na �płoche bruki", zatrzymał swego siwka i wrzasn±ł:
- �Da czto wy, barynia, w samom diele k moim briukam pristali! Płoehije briuki, da płochije
briuki! Isz babu! Płochije briuki, tak płochije, a tiebie, baba, czto za dieło!"
Kiedy indziej, ju¿ jako mał¿onka dobrze sytuowanego urzêdnika, pragn±c przyczyniæ siê w miarê
mo¿no¶ci do powodzenia i awansów mê¿a, zaszkodziła mu znamiennie sw± niedostateczn±
znajomo¶ci± arkanów mowy rosyjskiej. Było to na balu publicznym w mie¶cie gubernialnym pod
Uralem. Bal ów zaszczycił sw± obecno¶ci± miejscowy gubernator oraz jego dorastaj±ca córka. Pani
Barykowa po przetañczeniu walca miała szczê¶cie znale¼æ przypadkiem miejsce obok córki
gubernatora, zapragnêła zawi±zaæ mił± rozmowê z dziedziczk± poduralskiej potêgi. Zapragnêła
skorzystaæ z chwili i co¶ zrobiæ dla mê¿a przez pozyskanie przychylno¶ci córki gubernatora. Nie
wiedziała, od czego zacz±æ rozmowê, wahała siê i gubiła w niepokoju, co by tu powiedzieæ...
Wreszcie znalazła! Widz±c ¶liczn± ró¿ê przypiêt± do stanika uroczej gubernatorówny, pani
Barykowa z zachwytem, rozpływaj±c siê w uniesieniu, ton±c w u¶miechach uwielbienia, wyrzekła:
- Ach, kakaja u was krasnaja ro¿a
Jakie¿ było jej zdumienie, ba! przera¿enie, gdy dziewczê gubernatorskie omdlewaj±co-bolesnym
dyszkantem poczêło wołaæ w kierunku ojca:
- Papieñka! Papieñka! Mienia zdie¶ obi¿ajut!
Sk±d¿e pani Jadwiga (z D±browskich) mogła wiedzieæ, ¿e polska ró¿a to nie ro¿a, tak, zdawało
siê, z brzmienia podobna!
- strona 1 -
pobrano z lektury.nogazpolaka.pl
 Samo wyj¶cie za m±¿ za Seweryna Barykê odbyło siê w sposób niezwykły.
Siedz±c ju¿ na dobrej posadzie, zdrowy, w sile wieku, przystojny �młody człowiek"
postanowił o¿eniæ siê, oczywi¶cie w kraju. Wzi±ł tedy urlop jednomiesiêczny i w czasie, którym
dowolnie rozporz±dzał, po odtr±ceniu okresu podró¿y, wszystko załatwił: wyszukał sobie dozgonn±
towarzyszkê ¿ycia, wykonał prawidłowe �konkury", zjednał sobie przychylno¶æ rodziców,
�doznał wzajemno¶ci" - (choæ panna za czym¶ tam, czy za kim¶ srodze spazmowała) -
wzi±ł ¶lub, odbył podró¿ powrotn± i nie spó¼nił siê ani o godzinê na swe stanowisko, kêdy¶ u
podnó¿a ¶rodkowego Uralu.
Seweryn Baryka nie otrzymał w młodo¶ci specjalnego wykształcenia i nie miał okre¶lonego
zawodu. Gdy był czas po temu, nie bardzo mu siê chciało zaprz±taæ sobie głowy nauk±, a pó¼niej
okoliczno¶ci tak siê uło¿yły, ¿e za pó¼no ju¿ było przedsiêbraæ zdecydowane studia. Był tedy przez
czas do¶æ długi pospolitym typem człowieka poszukuj±cego jakiejkolwiek posady. Gdy za¶ znalazł
niezbyt odpowiedni±, szukał cichaczem innej, zyskowniejszej, w jakiejkolwiek b±d¼ dziedzinie.
Chodziło tylko o wysoko¶æ pensji, mieszkanie, opał, ¶wiatło, tantiemy i tym podobne dodatki, a co
siê za te tantiemy wykonywuje, to było najzupełniej obojêtne. Trzeba nadmieniæ, i¿ Seweryn Baryka
był człowiekiem z gruntu i do dna uczciwym, tote¿ za najwy¿sz± pensjê i za najobszerniejsze
mieszkanie nie robiłby nic podłego. W granicy jednak nakre¶lonej przez mieszczañski rzut oka
pomiêdzy dobro i złe tego ¶wiata gotów był robiæ wszystko, co ka¿± �starsi".
Rosja przedwojenna była wymarzon± aren± dorobku dla ludzi tego typu, zwłaszcza pochodz±cych
z �Królestwa". Wiadomo¶ci zaczerpniête w �klasach" gimnazjalnych, wrodzona
inteligencja, która wraz ze zdrowiem towarzyszyła poszukiwaczowi posady i na zawołanie zjawiała
siê nie siana i nie pielêgnowana - wytrzymało¶æ, odwaga, wesoło¶æ i pewna odrobina drwiny z
�Moskala", u którego siê słu¿y, lecz nad którym jednak panuje siê mimo wszystko -
torowały drogê od ni¿szej do wy¿szej pozycji. Trzeba przyznaæ, ¿e nie ostatni± rolê grała w tej
operze protekcja, cicha, pokorna, dobra wró¿ka, prowadz±ca za rêkê od
niskiego do coraz wy¿szego rodaka, tu i tam zaczepionego nog± lub łokciem na tej rosyjskiej
drabinie.
Niewiele upłynêło czasu od chwili ¶lubu w Siedlcach, ali¶ci Seweryn Baryka był nie tylko ojcem
urodziwego synka - któremu nadano imiê Cezary Grzegorz - lecz i zasobnym w pewne
oszczêdno¶ci arywist±. Sprawiedliwo¶æ nakazuje wyznaæ, ¿e nie hulał, na byle co nie puszczał
pieniêdzy. Ciułał, je¿eli nie nagi i ¿ywy grosz w złocie, to przedmioty: meble, dywany, bi¿uteriê,
nawet obrazy, nawet ksi±¿ki - niekoniecznie dla ¶lêczenia nad nimi, lecz raczej jako drogocenne
precjoza. Gdy jednak zaszła potrzeba zetkniêcia siê ze ¶wiatem ogładzonym i oczytanym, zjawiła
siê te¿ nieunikniona konieczno¶æ czytania owych polskich, drogocennych, bibliotecznych
�białych kruków" w bogatych oprawach. Z tego za¶ czêstotliwego czytania snuł siê w ¿ycie
duch pewien, jakoby zapach nikły, subtelny, niejasny.
W¶ród tomów pooprawianych bardzo wspaniale w skórê złocon±, wyciskan± i pokryt± tytułami,
le¿ał pewien tomik niepoka¼ny, specjalnie pielêgnowany niczym w skarbcu klejnot najdro¿szy. Był to
pamiêtniczek z wojny 1831 roku, napisany i wydany na emigracji przez autora bezimiennego o
wyprawie generała Józefa Dwernickiego na Beresteczko i Radziwiłłów. W¶ród mnóstwa perypetii,
opisanych szczegółowo i w sposób wysoce zagmatwany, była tam na stronicy trzydziestej siódmej
podana wiadomo¶æ, i¿ do liczby piêtnastu obywateli na Rusi, którzy do powstania przyst±pili i całym
swym maj±tkiem je poparli, nale¿ał Kalikst Grzegorz Baryka, dziedzic Sołowijówki z przyległo¶ciami.
Był to w prostej linii dziad Seweryna Baryki. Dziad Kalikst swym przyst±pieniem do powstania
wpadł, jak to mówi±, najfatalniej. Skoro bowiem generał Dwernicki po bitwie pod Boremlem nad
Styrem, naci¶niêty przez przewa¿aj±ce siły generała rosyjskiego Rüdigera, musiał pod Luliñcami
przej¶æ such± granic± do Galicji - rz±d rosyjski rzucił siê z cał± zaciekło¶ci± na tych wszystkich,
którzy ów ruch poparli. Sołowijówka została skonfiskowana, dom rodzinny najprzód zrabowany
doszczêtnie, a pó¼niej spalony, a ów dziad Kalikst na ostatnim koniu z przeobfitej niegdy¶ stajni
musiał ruszyæ w ¶wiat, to znaczy w szar± i ciemn± głêbinê popowstaniowej biedy - stał siê z pana
ubogim człowiekiem, trudem r±k na kawałek chleba zarabiaj±cym w obczy¼nie.
Tekst wiadomo¶ci o tym fakcie, podany sucho, bez tkliwo¶ci, lecz szczegółowo, był z obu stron
kartki zakre¶lony przez syna owego dziada Kaliksta a ojca Seweryna. Dwaj ostatni z powołanej
- strona 2 -
pobrano z lektury.nogazpolaka.pl
wy¿ej Sołowijówki z przyległo¶ciami posiadali ju¿ tylko wersjê przytoczon± w broszurze oraz ustnie
podawan± legendê. Sołowijówka stała siê mitem rodzinnym, klechd±, podawan± w coraz to innej
postaci, o czym¶ dalekim, sławnym, dostojnym, przeogromnym.
Sama ta legenda, jak to zwykle bywa z legendami, powiêkszyła dziadowskie bogactwa,
rozszerzyła posiadło¶ci, a samemu jego czynowi nadała piêtno nadludzkiego niemal dzieła. Sucha
notatka w rzadkiej broszurce bezimiennego autora stała siê niejako wrzecionem, na które siê
nawijała pełna tajemnicy cienka i drogocenna niæ wiary ubogich potomków. Wierzyli w jak±¶ sw±
wy¿szo¶æ, która ich w dumê wzbijała. Ojciec Seweryna pod tytułem broszury wypisał wielkimi
literami, nie wiadomo do kogo rozkaz stosuj±c, do swego jedynaka czy do całego szeregu
potomnych: �Pilnowaæ jak oka w głowie"!
W istocie, Seweryn Baryka pilnował owej ksi±¿eczki jak oka w głowie. Wêdrowała z nim po
szerokiej Rosji, le¿±c cicho na dnie kuferka, miêdzy brudnymi kołnierzykami i znoszon± bielizn±, w
s±siedztwie niepowabnych skarpetek i brulionów podañ o posady do rozmaitych dygnitarzy, gdy
potomek lekkomy¶lnego a wspaniałego dziada był ubogi jak mysz ko¶cielna. Pó¼niej spoczywała w
szufladzie stolika, miêdzy najwa¿niejszymi papierami. Trafiła do teki wy¿szego aferzysty, do skrytki
drogocennego biura dygnitarza, wreszcie do szafy oszklonej, nabijanej br±zami, pełnej cennych
zabytków, rarytasów druku i oprawy.
Nie mo¿na powiedzieæ, ¿eby tre¶æ historycznego raptularzyka miała jaki¶ szczególnie głêboki
zwi±zek z ¿yciem duchowym Seweryna Baryki. Była ona jednak w tym ¿yciu czym¶ dalekim,
sennym, nêc±cym. Było w tej ksi±¿eczce zawarte jak gdyby co¶ z religii, której siê nawet nie
wyznaje i nie praktykuje, lecz któr± siê z uszanowaniem toleruje. Było w niej co¶ z zapachu kwiatu
na wiosnê, którego człowiek silny, praktyczny i zajêty interesami nie spostrzega, choæby nañ patrzał,
lecz który z niskiej ziemi i z cienia patrzy nañ wiernie mimo wszystko i mimo wszystko woñ sw± ku
niemu wylewa. Nadto do skromnego tomiku przyrosła pycha domowa i skryta ambicja: nie wypadło
siê - do diabła! - sroce spod ogona, jak pierwszy lepszy z tych, których siê na drodze kariery spotyka
i którym w pas kłaniaæ siê trzeba.
Od ni¿szej do wy¿szej id±c posady, rozmaite z kolei zamieszkuj±c miasta, Seweryn Baryka znalazł
siê wreszcie w Baku, na tamecznych naftowych �przemysłach",ju¿ jako urzêdnik wy¿szy,
maj±cy pod sob± całe biuro. Skromne dawniej mieszkanie zamieniło siê na apartament, którego
posadzki zalegały perskie dywany. Na dywanach stanêły meble, nie jakie¶ tam artystyczne, lecz po
prostu drogie, kryte bezcennymi kaukaskimi atłasami. Ciê¿kie serwety nakryły stoły, a na ¶cianach
zawisły �rêcznie malowane" prawdziwie olejne obrazy mistrzów, równie wysoko w składach
mebli cenionych, jak same meble. Wiele naczyñ ze srebra i złota przechowywały dêbowe i
orzechowe szafy, masywne jak forteczne bastiony.
Wci±¿ jednakowo umiarkowane prowadz±c ¿ycie Seweryn Baryka po latach miał w banku
zło¿onych oszczêdno¶ci na czarn± godzinê kilkaset tysiêcy rubli. Był wysoko cenionym osobnikiem,
solidn± jednostk±, ciesz±c± siê powszechnym uszanowaniem w ¶wiecie, gdzie go los rzucił.
Wyrastał na widoczn± figurê w ¶wiatku polskim. Cicha ¿ona, pochlipuj±ca stale i wiecznie a coraz
natarczywiej za miastem rodzinnym, wywarła ju¿ na mê¿a wpływ taki, ¿e czasem... nieraz...
pachniała mu my¶l powrotu do kraju, przeniesienia nad Wisłê domowego ogniska, podjêcia jakiej¶
tam szerszej pracy. Ale znakomita w Baku posada, grosz napływaj±cy do kiesy istn± strug± -
dobrobyt, spokój - wreszcie kraj ów, mlekiem i miodem płyn±cy - powstrzymywały na miejscu.
Zjawiło siê nawet pewne przyzwyczajenie do tamecznego wła¶nie dobrobytu. Ciepły klimat,
znakomite i nadzwyczajnie tanie południowe owoce, łatwo¶æ otrzymania za nijaki grosz
przepysznych jedwabiów, tanio¶æ pracy ludzkiej, mo¿no¶æ spêdzania pory upałów na Zychu,
wygoda i dostatnio¶æ urz±dzenia domowego nie wypuszczały z tego kraju. Nie¶wiadomie czy
pod¶wiadomie trzymało jeszcze przywi±zanie do całego układu stosunków, do przepotêgi
carsko-rosyjskiej, na której siedziało siê jak mucha na uprzê¿y ¶ciskaj±cej łeb i boki dzikiego,
obcego
rumaka.
Tak to z roku na rok marz±c o powrocie do kraju, a jednocze¶nie porastaj±c w złote i srebrne pióra
Seweryn Baryka cał± duszê wkładał w synka, w zdrowego i za¿ywnego Czarusia. Chłopiec ten miał
od najwcze¶niejszych lat najdro¿sze nauczycielki francuskiego, angielskiego, niemieckiego i
- strona 3 -
pobrano z lektury.nogazpolaka.pl
polskiego jêzyka, najlepszych drogo płatnych korepetytorów, gdy poszedł do gimnazjum. Uczył siê
wcale nie¼le, a raczej uczyłby siê znakomicie, gdyby rozkochani w nim rodzice nie przeszkadzali
swymi trwogami i pieszczotami, czy aby siê nie przepracowuje i nie wysila zanadto. W zacisznym
gabinecie, wysłanym puszystym dywanem, tak puszystym, ¿e w nim stopa ginêła, ojciec i syn
spêdzali jak najczê¶ciej rozkoszne sam na sam. Chłopiec pierwszoklasista, le¿±c na piersiach ojca,
z głow± przy jego głowie, i ojciec, kołysz±cy siê na bujaj±cym fotelu, wcałowywali sobie z ust w usta
tabliczkê mno¿enia, bajkê francusk±, któr± srogi nauczyciel francuskiego zadał na jutro, albo
powtarzali do upadłego jaki¶ mały wierszyczek polski, ¿eby za¶ nie zapomnieæ dobrego wymawiania
tej trudnej mowy. Szkoła robiła swoje. Czaru¶ stokroæ lepiej mówił po rosyjsku ni¿ po polsku. Nie
pomagało przestrzeganie w domu mowy polskiej ani to, ¿e słu¿±ce były Polki. Pani domu, jak
wiadomo, nie mogła wpłyn±æ na zruszczenie syna. Nie mógł równie¿ przyczyniæ siê do zruszczenia
Czarusia ojciec - doskonale zreszt± rozumiej±cy konieczno¶æ znajomo¶ci jêzyka pañstwowego i
kład±cy na tê konieczno¶æ nacisk wielki - gdy¿ w tym okresie czasu ju¿ mu samemu pachniało to
co¶ delikatne, miêkkie, pañskie, co z dalekiego kraju siê niosło. Lecz ¿ycie samo, przepojone
duchem rosyjskim, robiło swoje.
Tak to dni Czarusia upływały w ramionach ojca i matki, na ich kolanach, pod ich rozkochanymi
oczyma.
- strona 4 -
pobrano z lektury.nogazpolaka.pl
Szklane domy
Czaru¶ dostał był wła¶nie promocjê z klasy czwartej do pi±tej i skoñczył czternasty rok ¿ycia, gdy
Seweryna Barykê jako oficera zapasowego powołano do wojska. - Wojna wybuchła. Szybko, w
ci±gu paru dni, idylla rodzinna została zdruzgotana. Cezary znalazł siê sam z matk± w osierociałym
mieszkaniu. Gdy odprowadzał ojca na statek wojenny odchodz±cy do Astrachania, nie czuł ¿adnego
zgoła ¿alu. Nowo¶æ! Zajmowały go tysi±ce szczegółów, drobiazgów, dat, nazwisk, cyfr, zwi±zanych
z przebraniem siê ojca w mundur oficerski. Pakował walizkê, ¶wietn± walizkê ojcowsk± z grubej,
¿ółtej skóry, z metalowym okuciem, z wyci¶niêtym inicjałem i mnóstwem wewn±trz tajemniczych
przegródek. Nie podzielał i nie rozumiał zupełnie płaczu i spazmów matki, desperuj±cej od ¶witu do
nocy. Dopiero gdy ojciec w gronie innych oficerów został na pokładzie, a on sam z matk± na brzegu,
i kładkê z hałasem odepchniêto, Cezarek doznał napadu przera¿enia, jakiego jeszcze nigdy w ¿yciu
nie do¶wiadczył. Pod naciskiem tego uczucia wyci±gn±ł rêce i pocz±ł krzyczeæ jak istny dzieciak.
Lecz znaki uspokajaj±ce, które kre¶liły w powietrzu białe rêce ojcowskie, uciszyły go tak nagle, jak
nagle przyszła ta ¶lepa bole¶æ dzieciêca. Przecie to na krótko! Istne manewry! Wojna nie bêdzie
trwała długo. Jakie¶ tam parê tygodni. Mo¿e miesi±c. Najwy¿ej dwa. Wał rosyjski przesunie siê po
polach wrogów, zmia¿d¿y przeszkody jak marchew czy kukurydzê i wszystko wróci do normy. Tak
mówili wszyscy i tak± te¿ opiniê w spadku po ojcu odje¿d¿aj±cym otrzymał Cezary.
Gdy z portu wracał do domu z matk±, zaiste jak grób milcz±c±, był ju¿ wesoły. Pocieszyło go to i
owo, a nade wszystko perspektywa swobody. Ojciec, który go nigdy a nigdy nie karał, nigdy nawet
nie łajał, a strofował pół¿artem, z lekk± drwink±, dowcipkuj±c, posiadał nad synem władzê ¿elazn±,
niezłomn±. Wbrew łagodnemu u¶miechowi ojca, wbrew jego grzecznym zaleceniom i pokornym
radom, dobrotliwym pro¶bom, rzuconym w¶ród umizgów i zabawy - nic nie mo¿na było poradziæ.
Były to kanony i paragrafy woli, narzucone z u¶miechem i w gronie pieszczotek. Był to rz±d
samowładny i dyktatura tak niezłomna, i¿ nic, literalnie nic nie mogło jej przełamaæ. Teraz ta ¿elazna
obrêcz rozlu¼niła siê i samochc±c opadła. Przestrach paniczny w oczach matki: - �Co na to
ojciec powie?" - znikł. Ojciec usun±ł siê z mieszkania i ze ¶wiata, a jego nieobecno¶æ powiedziała:
�Rób, co chcesz!"
Swoboda uszczê¶liwiła Cezarka. Przera¿eniem napełniła jego matkê.
- Co teraz bêdzie? - szeptała załamuj±c rêce.
Cezary nie zadawał sobie takich pytañ. Przyrzekał matce, ¿e bêdzie posłuszny, zupełnie tak samo,
jak gdyby ojciec był obecny w gabinecie. Postanawiał byæ posłusznym i uspokajał matkê milionem
najczulszych pieszczot. Lecz w gruncie rzeczy dusz± i ciałem wyrywał, gdzie pieprz ro¶nie. Czego
nie mógł u matki dopi±æ samowolnymi kaprysami, to wypraszał umizgami lub awantur±. On to teraz
stawiał na swoim. Robił, co chciał. Nie dostrzegaj±c granic tych obszarów, których mu dawniej nie
wolno było przekraczaæ, rzucał siê na prawo i na lewo, w tył i naprzód - ¿eby wszystko dawniej
zakazane dokładniej obejrzeæ. Całe teraz dnie spêdzał poza domem na łobuzerii z kolegami, na
grach, zabawach, eskapadach i wagusach. Gdy siê skoñczyły wakacje, �uczêszczał" do
gimnazjum i pobierał w domu jak dawniej lekcje francuskiego i niemieckiego, angielskiego i
polskiego jêzyka, ale był to ju¿ raczej szereg awantur, a nieraz i bójek. Z ka¿dym teraz be1frem
zadzierał, wszczynał kłótnie i toczył nieskoñczone procesy, doznawał bowiem stale
�niesprawiedliwo¶ci" i �krzywd", za które znowu jako człowiek honoru musiał siê
m¶ciæ w sposób wła¶ciwy i za wła¶ciwy uznany w sferach miarodajnych, w¶ród �starych"
kolegów pi±tej klasy. Zabawy - zreszt± niewinne - łazêgostwo i urwisostwo, pochłonêły go jak jaki¶
¿ywioł. W gronie kilku starych kolegów drałował z lekcyj i bujał po okolicy, a nawet noc± ganiał po
ulicach, po jamach i wertepach, po zwaliskach gwebryjskich ¶wi±tyñ i ruinach starych meczetów.
Wyrwawszy siê z ojcowskiej u¼dzienicy nie mógł ju¿ znie¶æ ¿adnego arkanu. Nieszczêsna matka
traciła głowê, rozpływała siê we łzach i gasła z niepokoju. Na widok tych łez gorzkich i nudz±cych go
a¿ do ¶mierci Cezary poprawiał siê na dzieñ, z trudem - na dwa. Na trzeci ju¿ znowu gdzie¶ co¶
płatał. Wybijał szyby Tatarom, wdzierał siê na płaskie dachy domów i niewidzialny, strzelał z procy
do domowników. Tam wywiercił dziurê w ¶cianie domu, tyłem odwróconego do ulicy, a¿eby przez
otwór przypatrywaæ siê �¿onom" milionera muzułmanina, chodz±cym po bezdrzewnym
ogródku bez czarczafów, czyli jedwabnych zasłon na twarzach - tu zorganizował niezno¶nemu
- strona 5 -
pobrano z lektury.nogazpolaka.pl
  [ Pobierz całość w formacie PDF ]