Stephanie Laurens - Sekretna miłość, Laurens Stephanie

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
lyiut urypnahi:^
Stinl Lme
Piejckr okładki: BLMU Kulrso-Diimazi&k
Kucekla: AHcjn Chylińska
Prolog
Copyright O 2000 by Svadck Manitgemcill PlOpi iclnty lid.
CopyiiRhi C 2ttU fa ihe Połish traailaiiim Wydawnictwo _!»»'
17 kwietniq 1820 roku
Morwellan park, Somerset
ISBN 83-S06.Ś5-10-S
Groziła jej katastrofa.
Znowu.
Ałalhea Morwellan siedziała przy biurku w biblio­
tece i wpatrywała się w trzymany w ręce list od do­
radcy finansowego rodziny, ledwo widząc staranne
pismo. Pamiętała każde słowo. Ostatni akapit
brzmiał:
Sądzę, maju droga, Że jesteśmy podobnej) zdanw.
Nie mieliśmy popełnić żadnego Medu.
Żadnego błędu. Podejrzewała, podświadomie
oczekiwała, że tak będzie, jednak—
Alathca odetchnęła głęboko i odłożyła list. Trzęsły
jej sic ręce. Poczuła lekki powiew wiatru od strony
wysokich okien. Po chwili wahania wstała i podeszła
do przeszklonych drzwi wychodzących na południo­
wy trawnik.
Na rozległej łące, oddzielającej taras od ogrodo­
wej sadzawki, jej przvrodnie rodzeństwo bawiło się
piłką. Blask słońca rozświetlił jasną głowę najstar­
szy przyrodni brat Alathci Charlie, wyskoczył wyso-
WydawB>^wo ..(•,%'
ul I .id/ - s 44a
01-446 Wii^,,
W. (H-22) 577-27-05, 877-40-33: (ax (0-22) 837- 10-54
c-niiiil: hisb»'o»
,
ytŁs*:iiŁi»i>h».coio.pl
Dni* i oprawi: BOłosłockie Zilbdy Or»*;". :n li A-
5
ko i pochwyci) pitkę przed Jcremym, mającym zale­
dwie dziesięć lat, ale zawsze skorym do rywalizacji.
Pomimo zaczątków wytworności, dziewiętnastoletni
Charlic pochłonięty byl grą, w której uczestniczyło
mtodszc rodzeństwo, Jeremy i licząca ledwie sześć
lat Augusta- Ich starsze siostry, osiemnastoletnia
Mary i siedemnastoletnia Alice także przyłączyły się
do zabawy.
Wszyscy w domu kręcili się jak w ukropie, przygo­
towując się do przeprowadzki do Londynu, gdzie
Mary i Alice miały zostać wprowadzone do towarzy­
stwa. Jednak obie dziewczyny, nic przejmując się wa­
gą czekającej je prezentacji, z zapałem oddawały się
grze, a ich okolone lokami buzie tryskały niezmąco­
ną radością, jaką czerpały z prostej rozrywki.
Głośny okrzyk Charliego sygnalizował mocny wy­
rzut - piłka poszybowała wysoko ponad trzema
dziewczętami i potoczyła się w stronę domu. Odbiła
się od brukowanej alejki i, pokonując niskie schodki,
wpadła na taras. Następnie, podskakując, pokonała
próg biblioteki i poturlata się po podłodze. Alathea
podkasała spódnicę i nogą zatrzymała piłkę. Gdy za­
stanawiała się, co zrobić, zobaczyła zdyszane, śmieją­
ce się siostry, biegnące w stronę tarasu. Alathea
schyliła się, podniosła piłkę i trzymając ją w jednej
ręce, wyszła na taras.
Roześmiane Mary i Alice zatrzymały się przed schod­
kami.
- Do mnie, Allie, do mnie!
- Nie! Kochana Alatheo! Do mnie!
Alathea udawała, że się zastanawia, czekając, aż
maleńka Augusta, która pozostała daleko w tyle, do­
biegnie do tarasu. Mała zatrzymała się parę kroków
za starszymi siostrami i uniosła anielską twarzyczkę ku
Aiathci. Ta z uśmiechem przerzuciła piłkę ponad gło-
wami starszych dziewcząt, które z otwartymi ustami
śledziły jej lot. Augusta, śmiejąc się perliście, podsko­
czyła, złapała piłkę i popędziła z nią przez łąkę.
Wymieniwszy z Alathea porozumiewawcze uśmie­
chy, Mary krzyknęła coś w stronę Augusty i obie
z Alice rzuciły się w pościg. Alathea pozostała na ta­
rasie. Fala gorąca, jaka ją ogarnęła, nie miała nic
wspólnego z ostrym słońcem. Jej uwagę zwrócił jakiś
ruch pod ogromnym dębem. To jej macocha, Serena,
machała do niej z ławki, skąd wraz z lordem Mcre-
dith, ojcem Alathei, obserwowała swoje dzieci.
Alathea z uśmiechem pomachała w odpowiedzi.
Spojrzała na swoje przyrodnie rodzeństwo, które
dzikim pędem zmierzało w stronę stawu, po czym
głęboko wciągnęła powietrze, zacisnęła usta i wróci­
ła do biblioteki.
Zbliżając się do biurka, patrzyła na zdobiące ścia­
ny gobeliny i obrazy w złotych ramach, na obite skó­
rą grzbiety stojących na półkach książek. Ogrom­
na biblioteka stanowiła chlubę Morwellan Park, sie­
dziby rodowej lordów Meredith. Morwellanowie
od stuleci zamieszkiwali Morwellan Park, a dokład­
nie od czternastego wieku, zanim jeszcze nadano im
tytuł hrabiowski. A ten piękny dwór został zbudowa­
ny na polecenie pradziadka Alathei, zaś nad ukształ­
towaniem zieleni czuwał jej dziadek.
Gdy dotarła do ogromnego, bogato rzeźbionego
biurka, z którego korzystała od jedenastu lat, spoj­
rzała na leżący na bibularzu list. Nie było szansy, że­
by ugięła się przed groźbą, jaką zawierał. Nikt nie
mógł zakłócić spokoju, który od dziesięciu lat z po­
święceniem zapewniała rodzinie.
Patrząc na list Wiggsa, rozważała ogrom zadania,
przed którym stała. Była zbytnią realistką, żeby nie
widzieć trudności i niebezpieczeństw. Jednak nie
6
7
po raz pierwszy stała wobec groźby finansowej i to­
warzyskiej ruiny.
Wzięła list i przeczytała go ponownie. Nadszedł
z Londynu w odpowiedzi na jej wiadomość wysłaną
pospiesznie przez umyślnego. Było to trzy dni temu,
kiedy po raz drugi w jej życiu cały świat zatrząsł się
w posadach.
Podczas ścierania kurzu w pokoju lorda pokojów­
ka natknęła się na jakiś urzędowy dokument, wci­
śnięty do dużego wazonu. Na szczęście dziewczy­
na miała dość rozsądku, żeby zanieść papier do och­
mistrzyni i kucharki, pani Figgs, która natychmiast
wpadła do biblioteki i położyła list przed Alatheą.
Upewniwszy się, że niczego nie przeoczyła z listu
Wiggsa, odłożyła go na bok. Przeniosła spojrzenie
na szufladę z lewej strony biurka, gdzie spoczywał
przeklęty dokument. Skrypt dłużny. Nie musiała go
ponownie czytać - każdy szczegół odciśnięty był w jej
pamięci. Nota wzywała lorda Mereditha do zapłace­
nia sumy, która przekraczała aktualną wartość całe­
go majątku. W zamian miał otrzymać przyzwoity
procent z dochodów, uzyskanych przez Środkowo­
wschodnią Afrykańską Kompanię Złota. Oczywiście
nie było gwarancji, że kiedykolwiek pojawią się ja­
kieś zyski, a poza tym ani ona, ani Wiggs, ani żaden
z jego kolegów nie słyszeli o Środkowowschodniej
Afrykańskiej Kompanii Złota.
Gdyby spalenie noty dawało cokolwiek, z radością
roznieciłaby ognisko na dywanie. Niestety, była to je­
dynie kopia weksla. Jej kochany, niezdecydowany,
beznadziejnie niezaradny ojciec podpisał wyrok
na przyszłość całej rodziny, kompletnie nie zdając
sobie sprawy z tego, co robi. Wiggs potwierdził, że
weksel jest całkowicie legalny i podlega egzekucji,
gdyby więc zażądano spłaty sumy, na jaką został wy-
stawiony, rodzina by zbankrutowała. Straciliby nie
tylko zadłużone drobniejsze włości i Morwellan Ho-
use w Londynie, ale także Morwellan Park i wszyst­
ko, co do niego należało. Jeśli więc chciała mieć
pewność, że rodzina Morwellanów pozostanie
w Morwellan Park, że Charlie i jego synowie odzie­
dziczą w całości dom przodków, że jej przyrodnie
siostry wejdą do towarzystwa i znajdą godnych siebie
mężów, musiała znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.
Tak jak poprzednio.
W roztargnieniu stukając ołówkiem w bibularz,
Alathea wbiła niewidzące spojrzenie w portret pra­
dziadka, który spoglądał na nią z przeciwległej
ściany.
To nie był pierwszy raz, kiedy ojciec doprowadził
rodzinę na krawędź ruiny. Już wcześniej stała w ob­
liczu nędzy. Dla szlachetnie urodzonej kobiety, któ­
ra wychowywała się w kręgu towarzyskiej elity taka
perspektywa była - i pozostała - przerażająca,
zwłaszcza że była trudna do wyobrażenia. Alathea
nie miała wielkiego pojęcia, co oznacza nędza i wca­
le nie zamierzała bliżej jej poznawać. Nie chciała też,
żeby zapoznało się z nią jej niewinne rodzeństwo.
Tym razem była dojrzalsza niż poprzednio, więcej
wiedziała - miała większe szanse, żeby poradzić so­
bie z zagrożeniem. Bo za pierwszym razem...
Cofnęła się myślami do owego popołudnia
sprzed jedenastu lat, kiedy wybierała się na swój
pierwszy bal i musiała zmienić zamiary. Od tamte­
go czasu wzięła na siebie ciężar zarządzania rodzin­
nymi finansami i pracowała niestrudzenie, aby od­
budować fortunę rodu, jednocześnie utrzymując
na zewnątrz wrażenie bogactwa. Nalegała, żeby
chłopcy poszli do Eton, a następnie do Oksfordu.
Charlie miał tam rozpocząć studia już we wrześniu.
8
9
Oszczędzała i ciułała każdy grosz, żeby zawieźć Ma­
ry i Alice do miasta i zapewnić im debiut w wielkim
stylu.
Cała służba czekała na przeprowadzkę do Londy­
nu, mającą nastąpić już za parę dni. Ona sama mia­
ła nadzieję cieszyć się subtelnym zwycięstwem
nad losem w chwili, gdy jej przyrodnie siostry będą
dygać przed zgromadzoną elitą.
Alathea długo patrzyła przed siebie, rozważając,
oceniając, odrzucając różne rozwiązania. Tym razem
oszczędność na nic się nie zda - żadna zaoszczędzo­
na kwota nie mogła się równać z sumą wymienioną
w skrypcie dłużnym. Odwróciła się i wyciągnęła szu­
fladę z lewej strony biurka. Wyciągnęła weksel i po­
nownie starannie go przestudiowała. Zaczęła rozwa­
żać możliwość, że Środkowowschodnia Afrykańska
Kompania Złota jest wielkim oszustwem.
Żadne uczciwie działające przedsiębiorstwo nie
skłoniłoby jej niezaradnego w interesach ojca do za­
inwestowania ogromnej sumy pieniędzy bez uprzed­
niego dyskretnego sprawdzenia, czy może sprostać
takiemu zobowiązaniu. Im dłużej rozważała sprawę,
tym bardziej była przekonana, że ani ona, ani Wiggs
nie popełnili żadnej pomyłki. Środkowowschodnia
Afrykańska Kompania Złota była jednym wielkim
szwindlem.
Nie miała zamiaru pokornie oddawać wszystkie­
go, co w ciągu ostatnich jedenastu lat zdobyła dla za­
bezpieczenia przyszłości rodziny, żeby jacyś podli
oszuści mogli sobie wymościć gniazdko.
Musiało istnieć jakieś wyjście - do niej należało
znalezienie go.
Rozdział 1
6 maja 1820 roku
Londyn
Ramiona Gabriela Cynstera, przemierzającego
krużganki kościoła Świętego Jerzego w pobliżu Ha-
nover Sąuare, otoczyły opary mgły. Powietrze było
chłodne, a mrok krużganków rozpraszało miejscami
słabe światło ulicznych latarni.
Dochodziła trzecia w nocy: modny Londyn spał
w najlepsze. Umilkł stukot kół powozów, odwożą­
cych do domu nocnych marków, i nad miastem napa­
dła głęboka cisza.
Dotarłszy do końca podcieni, Gabriel się odwró-
cił. Zmrużonymi oczami uważnie przyjrzał się ka­
miennemu tunelowi, utworzonemu pomiędzy fron­
tonem kościoła a wysokimi kolumnami podpierają­
cymi fasadę. Mgła kłębiła się i wirowała, przesłania­
jąc widok. Tydzień wcześniej Gabriel stał w tym sa­
mym miejscu, obserwując jednego ze swoich kuzy­
nów, Demona, odjeżdżającego wraz z nowo poślu­
bioną żoną. Poczuł wtedy nagły chłód - może było to
ostrzeżenie, przeczucie nadciągających wydarzeń
11
[ Pobierz całość w formacie PDF ]