Stephens Susan Smak wina i miłości, ●Ksiazki, ALFABETYCZNIE

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
//-->Susan StephensSmak wina i miłościTytuł oryginału: A Taste of the UntamedROZDZIAŁ PIERWSZYNacho Acosta powraca!Wpatrzona w ekran komputera Grace zmrużyła zmęczone oczy, a potem zaczęłaszybko mrugać powiekami. Wirus, którego niedawno złapała, chyba źle wpłynął naostrość jej widzenia. Mimo wszystko czytała dalej:Romily Winner, naszareporterka śledząca na bieżąco wieści z wyższych sfer, odkrywa dla nas wieletajemnic.Niech to szlag!Przed oczami Grace tańczyły teraz jasne plamki, a ekran migotał. Wstała zkrzesła, by rozprostować bolące kończyny. Wciągnęła w płuca porcję stęchłegopiwnicznego powietrza, zacisnęła mocno powieki, po czym znów nimi zamrugała.Lepiej.Odetchnąwszy z ulgą, sprawdziła kable komputera.Wszystko było w porządku.To zmęczenie, pomyślała. Była prawie pierwsza w nocy. Praca barmanki wnocnym klubie w Kornwalii, a potem siedzenie do późna w biurze nad księgamirachunkowymi nie mogły wyjść jej oczom na zdrowie.Zmęczona czy nie, Grace ostatni raz przebiegła wzrokiem zdjęcianieprawdopodobnie przystojnych mężczyzn na stronach towarzyskich magazynu„Rock!”. Trudno jej było uwierzyć, że osławionego Nacha Acostę spotkałaosobiście. Żyli w zupełnie różnych światach, los jednak czasem płata ludziom figle.Oderwawszy się wreszcie od jego zdjęć, zaczęła chłonąć każde słowo tekstu.Skoro szaleni młodzi Acostowie dorośli i stali się samodzielni, nasza reporterkawątpi, by trzydziestodwuletniemu Nachowi – najstarszemu spośród słynnych braci,miłośników gry w polo – spieszyło się do opuszczenia Londynu, gdzie ma tyle okazjido zabawy!Poczuła w sercu ukłucie zazdrości na samą myśl o kobietach zabawiającychNacha. Zważywszy na to» że spotkała go tylko dwa razy, i w obu przypadkachczuła się wyjątkowo zakłopotana i skrępowana w konfrontacji z jego swobodnym inaturalnym stylem bycia, nie miała najmniejszego prawa do zazdrości.A jednak ją czuła.Pierwszy raz spotkali się na meczu polo na plaży w Kornwalii, zorganizowanymprzez Lucię, siostrę Nacha, i jej najlepszą przyjaciółkę. Jedyne, co zrobił wtedyNacho, to wychylił się z okna swojego potężnego jeepa i zmierzył ją wzrokiem odstóp do głów. Nigdy przedtem żaden mężczyzna tak na nią nie patrzył, dlategodotąd pamiętała tamto wrażenie. Resztę dnia spędziła, obserwując z boku jego gręniczym zadurzona nastolatka.Drugi raz zobaczyła go na ślubie Lucii, który odbył się w rodzinnej posiadłościAcostów w Argentynie. Podróż tam była najbardziej ekscytującym przeżyciem wdotychczasowym życiu Grace – póki nie ujrzała Nacha w ogromnym namiocie i niepoczuła na sobie jego bystrego spojrzenia. Przez cały wieczór czynił honory domu,Grace czuła jednak jego charyzmę na każdym kroku, kiedy więc znalazł chwilę narozmowę, popatrzyła tylko na niego szeroko otwartymi oczami, niezdolnawykrztusić słowa.Wychowana przez rodziców, którzy chwalili ją przed każdym, kto tylko zechciałtego słuchać, nabawiła się chorobliwej nieśmiałości. Zdawała sobie sprawę, że niejest ani tak piękna, ani tak utalentowana, jak przedstawiali ją rodzice. Sporej dawkinieśmiałości wyzbyła się, pracując w klubie, gdzie stali klienci doceniali jejsprawność, lecz wszystko wróciło do niej tamtego wieczora podczas przyjęciaweselnego Lucii. Zamiast wdać się w miłą i niezobowiązującą pogawędkę,zapomniała języka w buzi.Chcąc odsunąć od siebie myśli o tamtej zawstydzającej sytuacji, Grace skupiłasię na następnej fotografii mężczyzny, który tak zawrócił jej w głowie. U jego bokustała kolejna piękność. Grace musiała przyznać, że tworzą śliczną parę. A wyraztwarzy towarzyszki Nacha był jasnym komunikatem dla innych kobiet, by trzymałysię od niego z daleka.– Możesz go sobie zatrzymać – mruknęła, odwracając wzrok. Nacho Acosta byłcudowny, lecz nieosiągalny.Dobiegający z klubowej sali dźwięk pianina przerwał ponure rozważania. Gracezawsze lubiła muzykę i książki. Rodzice kiedyś marzyli, że zostanie pianistkąkoncertową, nadzieje jednak prysły po śmierci ojca, kiedy zabrakło pieniędzy naczesne w konserwatorium. Do tamtej chwili Grace nie zdawała sobie sprawy, jakbardzo była rozpieszczana i co naprawdę znaczy strata. Utrata miejsca w collegebolała, znacznie boleśniejsza była jednak strata ojca.Po przerwaniu nauki w konserwatorium musiała poszukać pracy. Znalazła ją wnocnym klubie, gdzie grał jeden z najbardziej znanych wtedy jazzmanów.Obcowanie z muzyką na tym poziomie przyniosło jej nieco ukojenia.Skupiła uwagę na zdjęciu zamieszczonym na końcu artykułu, przedstawiającymLucię z braćmi. Tylko ona się uśmiechała. Bracia wyglądali na zamyślonych,surowych, wręcz groźnych. Nacho sprawiał wrażenie najbardziej groźnego z nich.Lucii musiało być trudno, pomyślała Grace. Jaką szansę miała jedyna siostraczterech braci, by ją usłyszano i zauważono; by się z nią liczono? Wspomniałakiedyś, że w rodzinie Acostów nigdy nie mogła być sama. Nic dziwnego, że wposzukiwaniu wolności opuściła dom rodzinny i zaczęła pracę w klubie, w którymsię poznały. Po śmierci rodziców w powodzi to Nacho wychowywał swojerodzeństwo. Chociaż Lucia była z natury optymistką, wspominała tamten czas jaktyranię.Grace wzdrygnęła się mimowolnie, studiując twarz Nacha. Miał opiniębezkompromisowego człowieka, który zawsze stawia na swoim.– Chcesz zagrać, Grace? – dobiegł ją głos Clarka Mayhew.Odwróciła się. Clark stał w uchylonych drzwiach. To on był pianistą, którego taklubiła słuchać.– No, dalej, Grace. Wyłącz komputer i wyjdź już stąd. Masz prawdziwy talent –zachęcał.– Nie taki jak twój.– Ja mam więcej pewności siebie, to jedyna różnica między nami.– Chciałabym, żeby tak było! – wykrzyknęła. Wyszła za nim do sali, usiadła iuregulowała stołek. – Nie umiem nawet grać bez nut jak ty.– Możesz – przekonywał Clark. – Zamknij oczy i pozwól melodii spłynąć spodpalców...W nagłym przypływie paniki Grace uświadomiła sobie, że musi go posłuchać.Kiedy próbowała skupić wzrok na nutach, zaczęły skakać jej przed oczami nafalujących pięcioliniach.– Zamknij oczy – powtórzył Clark, nieświadomy tego, co się z nią dzieje. – Anie mówiłem? – dodał, gdy zagrała kilka taktów.Muszę stanowczo mniej siedzieć przed komputerem, pomyślała Grace pootwarciu oczu. Jasne migające plamki zniekształcające jej pole widzenia niezniknęły. Było ich coraz więcej.Dwa lata później .Nie spuszczała z niego oczu, odkąd wszedł do sali balowej. Stała pod wielkimweneckim żyrandolem. Nie sposób jej było nie zauważyć. Mężczyźni odwracali sięza nią, podziwiając zgrabną figurę. Gorące zaproszenie w jej oczach obiecywałowiele – gdyby tylko on był zainteresowany.Przeszedł obok, nie obdarzając jej spojrzeniem. Był znudzony spotkaniami, któreasystentka umówiła mu w Londynie.Dzisiejszego wieczoru odbywała się uroczysta kolacja dla potentatów na rynkuwiniarskim. Nacho słynął raczej jako doskonały zawodnik polo i właściciel estanciiw Argentynie o powierzchni małego państwa. Decyzja o przywróceniu do życiarodzinnych winnic wynikała z konieczności zabezpieczenia rodzeństwuprzyszłości. Nic innego nie skłoniłoby go do powrotu do Argentyny.– Nacho.Odwrócił się. Zbliżał się do niego wytworny Fernando Gonzales,przewodniczący dzisiejszemu zgromadzeniu.– Don Fernando. – Nacho skłonił się uprzejmie, zauważając zmysłową pięknośću boku mężczyzny.– Pozwolisz, że przedstawię ci moją córkę, Annalisę Gonzales.Nacho słyszał o kłopotach finansowych Don Fernanda, który nie był pierwszymojcem przedstawiającym mu córkę. Wszyscy wiedzieli, że Nacho trzyma w rękurodzinną fortunę, nie wiedzieli jednak, że umie rozpoznać zachowanie zrodzone zdesperacji.W tłumie mignęła mu głowa jasnowłosej kobiety. Intuicja podpowiadała mu, żejuż gdzieś ją widział.– Czy ja pana zatrzymuję,señorAcosta? – Annalisa Gonzales posłała muznaczące spojrzenie.Jej ojciec oddalił się dyskretnie, dając im szansę na swobodną rozmowę.– Przepraszam – rzucił, zmuszając się do spojrzenia w jej niezaprzeczalniepiękną twarz.– Czy naprawdę jest pan tak zły, jak mówią? – zapytała zalotnie z nadzieją wgłosie.– Gorszy – odparł.Nieoczekiwanie zaszczekał pies. Annalisa zaśmiała się, szukając wzrokiemwinowajcy.– Gdybym wiedziała, że obecność psów na kolacji jest dozwolona, przyszłabymz Monkey, moim chichuachua.– Który stałby się smaczną przekąską dla Cormaca, mojego wilczarzairlandzkiego – odparował Nacho. – Wybaczy pani,señoritaGonzales, ale mistrzceremonii za chwilę zaprosi nas do stołów...Grace zajęła swoje miejsce. Starsza kobieta siedząca obok od razu się jejprzedstawiła. Po drugiej stronie miała Ełiasa, swojego pracodawcę i mentora, któryjednak wdał się w pogawędkę ze starymi przyjaciółmi i znajomymi. Tegorocznagala przemysłu winiarskiego była pierwszym poważnym wyjściem z domu poutracie wzroku. Był to też pierwszy poważny sprawdzian dla jej czworonożnegoprzewodnika Buddyego. Grace denerwowała się i za siebie, i za niego. Miałanadzieję, że oboje przebrną przez tę kolację bez popełnienia zbyt wielu gaf.W trakcie rozmowy z sąsiadką dyskretnie zbadała topografię stołu wposzukiwaniu czyhających na nią pułapek. Komplet kieliszków, sztućce, serwetka,talerze w różnych rozmiarach, pojemniczki z przyprawami i cukiernica – wszystkogroziło wpadką. Prawdopodobieństwo cukru w zupie i soli w kawie było wysokie.– Proszę, jest pieprz – powiedziała kobieta, anonsując w ten sposób pojawieniesię zupy. – Ja dodaję pieprz do wszystkiego, ale pani może woli najpierwspróbować. Sól też może być potrzebna...Grace była jej wdzięczna. Każdy choćby najdrobniejszy życzliwy gest miał dlaniej wielką wartość. Potwierdzał, że nie musi obawiać się wychodzenia z domu.Elias miał rację. Musiała tylko codziennie rano zmobilizować się i założyćBuddyemu uprząż. Czasem łatwiej było to powiedzieć niż zrobić, pomagała jednakświadomość, że na świecie są skorzy do pomocy ludzie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]