Stephenson Neal-Diamentowy Wiek, książki, Stephenson Neal(1)

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
NEAL STEPHENSON - Diamentowy Wiek
NEAL STEPHENSON
Diamentowy Wiek
(Tłumaczył: Jędrzej Polak)
Reformy i upadki moralne pojawiają się na arenie dziejów za przyczyną sił społecznych {powstają najczęściej jako
skutek oddziaływania nawyków wcześniejszej epoki. Potężne wahadło historii odchyla się i cofa, a przemienności tych ruchów
nie powstrzyma kilka wybitnych indywiduów wiszących u jego końca.
Sir Charles Petrie,
Wiktorianie
CZĘŚĆ PIERWSZA
Lturysta odwiedza salon fikacji; osobliwe właściwości nowoczesnego uzbrojenia
Dzwony świętego Marka biły z wysoka kuranty, gdy Pączek podjechał na łyżworolkach pod salon fikacji, aby
znowelizować czaszkolet. Ślizgał się na całkiem nowej parze łyżew, rozwijających górną chyżość w dowolnych granicach
między stu a stu pięćdziesięcioma kilometrami na godzinę, w zależności od tuszy użytkownika i obleczenia jej - bądź nie
obleczenia - w kombinezon aero. Pączek uwielbiał przylegające do ciała skóry, które uwidaczniały jędrność jego mięśni. Przed
dwoma laty, podczas poprzedniej wizyty w salonie, zażyczył sobie implantowania w ciele kolonii pażytów - maleńkich
szkodników, których ze względu na rozmiar ujrzeć ani poczuć nie można-i które przez swoje elektryczne flukta stymulują
włókna mięśni, zgodnie ze szczegółowym programem zwiększającym, jak domniemywano, ich masę, co w połączeniu z
testosteronową pompą wmontowaną w przedramię Pączka dawało efekt nieustannych ćwiczeń - dniem i nocą - w sali
gimnastycznej, acz bez potrzeby ruszania małym palcem. Jedyna niedogodność polegała na tym, że mikrowyładowania
elektryczne naprężały niepotrzebnie ciało Pączka i targały mięśnie. Rzecz jasna przywykł do tego, choć jeżdżąc na
łyżworolkach, miewał kłopoty z równowagą, co osobliwie dawało się we znaki przy chyżości stu kilo na zatłoczonej ulicy.
Jednak niewielu było takich, którzy ośmieliliby się zwrócić Pączkowi uwagę - nawet gdy zwalał ich z nóg na przejściach - a po
dzisiejszym dniu już nikt nigdy więcej nie ośmieli się go zaczepić.
Pączek rzucił posadę wabia, o dziwo bez konsekwencji, ba, zostało mu po niej w kieszeniach bez mała tysiąc juków, z
których trzecią część przeznaczył na nowe stroje, głównie czarne skóry, trzecią część na łyżwy, a pozostałą miał zamiar wydać
w salonie fikacji. Kupno tańszego czaszkoletu nie byłoby problemem, lecz pociągałoby za sobą konieczność jazdy przez
Groblę do Szanghaju, gdzie w jakiejś bocznej bramie Brzegowcy odwalali robotę pół darmo, co niestety groziło zakażeniem
kości i pozbyciem się reszty pieniędzy po podaniu narkozy. Poza tym do Szanghaju wpuszczali tylko dziewice - gdy ktoś, tak
jak Pączek, chciał przejechać Groblę z czaszkoletem w głowie, musiał płacić daninę setkom glin, przez co oszczędność stawała
się pozorna. A Pączek nie powinien oszczędzać w chwili, gdy otwiera się przed nim wielce obiecująca kariera i związane z nią
awanse w hierarchii nadzwyczaj niebezpiecznych profesji narkointeresu, do których posada wabia - jako płatna przygrywka - w
ogóle się nie umywa. Pierwszorzędne uzbrojenie było zatem niezwykle mądrą inwestycją.
Przeklęte dzwony nie przestawały dudnić we mgle. Pączek wydał cichą komendę ordynacji muzycznej - fazowej
maszynerii akustycznej rozrzuconej na bębenkach usznych niczym nasionka na powierzchni truskawki. Głośność wzrosła, ale
nie zagłuszyła głębokich tonów kurantów rezonujących w długich kościach Pączka. Pomyślał, że podczas wizyty w salonie
każe odwiercie baterie zasilające
z
prawego wyrostka sutkowego i wmontować nowe. Baterie działały rzekomo przez lat
dziesięć, Pączek miał je dopiero od sześciu, rzecz jednak w tym, że słuchał muzyki bez przerwy, i to bardzo głośno.
W salonie czekały trzy osoby. Usiadł w fotelu i podniósł media-tron leżący na stoliczku do kawy. Maszyna wyglądała z
daleka jak stara, pognieciona i nie zadrukowana gazeta. - Roczniki samoobrony - powiedział na tyle głośno, by usłyszeli go
wszyscy obecni. Na pierwszej stronie gazety rozlało się logo jego ulubionego media-żeru. Mediaglify - całkiem niezłe i
ciekawie animowane – ułożyły się w siatkę. Przyglądał się im, dopóki nie znalazł glifu zapowiadającego fachową analizę
porównawczą interesujących go rodzajów uzbrojenia, a wtedy bez dalszej zwłoki stuknął weń paznokciem. Pokazały się nowe
mediaglify, otaczające większe kinoramy, na których fachowcy z
Roczników
testowali różne modele czaszkole-tów, strzelając z
nich do celów żywych i martwych. Pączek rzucił mediatron na stół. Znał wyniki testów na pamięć, przeglądał je nieustannie od
kilku dni, a redakcja
Roczników
nie zadała sobie trudu znowelizowania materiału. Jego wybór nie uległ zmianie.
Pewien jegomość z kolejki zamówił tatuaż, którego wykonanie zajęło dziesięć sekund. Inny przyszedł po nową porcję
naboi do czaszkoletu. Załadunek trwał równie krótko. Jakieś dziewczątko życzyło sobie wymiany kilku pażytów w twarzowej
siatce raktywu - głównie wokół oczu, gdzie pojawiały się zmarszczki. Zabieg trwał dobrą chwilę. Pączek podniósł ze stołu
mediatron, przeszedł na tryb raktywny i włączył swój ulubiony program
Zamknij się lub zdychaj.
Przed instalacją broni artysta fikacyjny poprosił o okazanie juków, co w innych okolicznościach byłoby zniewagą, lecz
tutaj, na Wynajętej Ziemi, stanowiło normalną procedurę, gdy idzie o interesy. Zasoby finansowe Pączka zadowoliły go i
przekonały, że nie ma do czynienia z oszustem. Bez dalszej zwłoki znieczulił czoło Pączka tetykiem w aerozolu, naciął
odpowiednio skórę i zawinął ją na potylicę, po czym uruchomił maszynę zamontowaną na wysięgniku anemicznego robota,
którego pchnął nad głowę pacjenta niczym dentystyczną wiertarkę. Ramię automatycznie zlokalizowało stary czaszkolet,
poruszając się z zatrważającą chyżością i determinacją. Pączek - który nawet w najlepszej formie bywał przeczulony za sprawą
mięśniowych stymulantów - szarpnął się lekko, ale robot okazał się szybszy i bez trudu wyłuskał starą broń. Właściciel salonu
przyglądał się całej procedurze na ekranie monitora i nie miał nic do roboty oprócz wygłaszania uwag w rodzaju: - Otwór w
pańskiej czaszce jest nieco chropowaty, maszyna powiększy go wiertłem, o tak, a teraz nowa broń...
Czaszką Pączka targnęła niemiła pulsacja - robot wmontował nowy model. Przypomniał sobie, jak to w dzieciństwie
bawił się z kolegami w wojnę i obrywał kulą z bebetonu, co często gęsto kończyło się bólem głowy, zupełnie takim jak ten,
który go teraz nękał.
1 / 169
NEAL STEPHENSON - Diamentowy Wiek
- Załadowałem panu sto magazynków prażonej kukurydzy - odezwał się właściciel. - Proszę sprawdzić celność. Gdy
przyzwyczai się pan do obsługiwania nowego modelu, załadujemy zwykłą amunicję.
Naciągnął skórę z powrotem na czoło i zlepił brzegi substancją gojącą. Nie będzie blizn, za które płaci się dodatkowo,
jako że są widocznym dowodem obecności letu. Pączek nie dbał jednak o blizny, ponieważ usłyszał kiedyś, że niektóre lasencje
wcale za nimi nie przepadają. Jego postępowaniem wobec przedstawicielek rodzaju żeńskiego rządził galimatias niskich
instynktów, mrocznych domniemań, obłąkanych teorii, podsłuchanych urywków rozmów, niezbyt dobrze zapamiętanych złych
rad, oraz zbiór przesadnych - bez wątpienia - anegdot, co czyniło zeń prawdziwą ofiarę ciemnych zabobonów, które w tym
konkretnym przypadku kazały mu zaniechać zaordynowania sobie blizny na czole.
Nadto miał w domu pokaźną kolekcję bryli - niezbyt gustownych okularów słonecznych z wmontowaną w szkło oka
dominującego siatką celownika. Bryle nigdy go nie zawiodły jeśli chodzi o celność, poza tym z miejsca rzucały się w oczy i
każdy, czy chciał czy nie chciał, natychmiast nabierał pewności, że nie da się wydymać noszącego je gościa.
- Proszę zarepetować - rzucił właściciel salonu i obrócił o sto osiemdziesiąt stopni pokryty plastikiem fotel - taki sam jak
te, na których przed stu laty siadywało się u fryzjera. Pączek ujrzał przed sobą manekin ustawiony w rogu salonu. Kukła nie
miała twarzy i śladów owłosienia, była za to upstrzona małymi, wypalonymi dziurkami, podobnie jak znajdująca się za nią
ściana.
- Status - mruknął Pączek i poczuł lekkie buczenie posłusznej rozkazom broni.
- Ładuj - rzucił i znów zabuczało mu w uszach. Skierował czoło na manekin.
- Ognia - warknął, nie otwierając ust. Czaszkolet usłyszał go jednak i Pączek poczuł nieznaczny, szarpiący głową odrzut.
Manekin odezwał się pełnym zdumienia PŁASK, któremu towarzyszył mały rozbłysk na ścianie nad jego niby-łepetyną. Ból
pod czaszką nasilił się, ale Pączek nie zwracał na to uwagi.
- W tym modelu zastosowano szybszą amunicję, dlatego musi pan celować odrobinę niżej - odezwał się właściciel.
Pączek ponownie wystrzelił. Tym razem trafił kukłę prosto w szyję.
- Wspaniale! Piekłogniem odstrzeliłby mu pan łeb! - zachwycił się artysta. - Wygląda na to, że wie pan, jak się z tym
obchodzić, ale dla porządku informuję, że są jeszcze trzy opcje... i trzy magazynki na różną amunicję.
- Wiem - rzucił Pączek. - Sprawdzałem ten model. - Do letu powiedział natomiast: - Dziesięć, średnim rozrzutem. - A
potem syknął: - Ognia!
Głową tym razem szarpnęło wcale potężnie. A na ciele manekina i na ścianie za nim wybuchło jednocześnie dziesięć
PLASK-ów. W salonie zrobiło się gęsto od dymu z przysmażonego plastiku.
- Może pan strzelać i setką - odezwał się właściciel - ale odrzut urwie panu głowę.
- Już go rozpracowałem - oznajmił w odpowiedzi Pączek. - Załaduj mnie, koleś. Pierwszy magazynek elektrykami,
drugi obezwładniaczami, a trzeci piekłogniem. I przynieś mi jakąś pieprzoną aspirynę!
Źródło Wiktorii; zobrazowanie otoczenia
Wloty kanałów powietrznych Źródła Wiktorii unosiły się nad szczytem Królewskiego Ogrodu Ekologicznego niczym
bukiet stumetrowych kalii. Analogię uzupełniało leżące poniżej i odwrócone korzeniami do góry drzewo rur hydraulicznych,
rozrzuconych niczym fraktal po diamentowym łożysku skalnym Nowego Chusanu i wpadających do ciepłych wód Morza
Południowochińskiego niezliczoną liczbą naczyń włoskowatych, ułożonych pasem wokół położonej kilkadziesiąt metrów pod
powierzchnią rafy sprytoralowej. Zadanie tłoczenia do góry hektolitrów morskiej wody mogłaby równie dobrze spełniać jedna,
olbrzymia rura. Podobnie rzecz się miała z kaliami, które można by zastąpić jedną ssącą powietrze paszczą, połykającą ptaki i
śmieci, miażdżone następnie na krwawą pulpę na kratach zabezpieczających maszynerię przed zapchaniem.
Owe proste rozwiązania nie byłyby jednak ekologiczne. Co prawda geotecy z Imperiał Tectonics mieli dosyć mgliste
pojęcie o ekosystemach, ba, nie potrafiliby ich rozpoznać nawet wtedy, gdyby przyszło im w nich zamieszkać, ale wiedzieli, że
systemy tego rodzaju są niezwykle wrażliwe na zanieczyszczenia, chronili więc środowisko z niewzruszoną, przykładną,
zieloną pracowitością, taką samą, z jaką projektowali mosty i przepusty odwadniające.
Woda sączyła się do Źródła Wiktorii przez włoskowate mikrorur-ki, podobnie jak sączący się przez piaszczyste plaże
ocean. A powietrze cicho płynęło ku Źródłu przez artystycznie wyeksponowane pręciki wybujałych kalii; pręciki o parametrze
przestrzennym nie tak znowu odległym od geometrycznego ideału. Konstrukcje te były przy tym na tyle wytrzymałe, że nie
zagrażał im najstraszniejszy tajfun, i tak giętkie, że kładły się niczym morska trawa targana podmuchami bryzy. Ptaki, które po
zmroku zawędrowały w okolice Źródła, wyczuwały dziwną, obcą morskiemu środowisku pochyłość powietrza, zakrzywiającą
tor ich lotu i wciągającą je w głąb nocy, lecz nie na tyle silną, by uniemożliwić im odwrót, z którego skwapliwie korzystały, nie
sfajdawszy się nawet ze strachu.
Kalie wyrastały z kryształowego wazonu wielkości normalnego stadionu, otwartego dla publiczności i noszącego nazwę
Diamentowego Pałacu. Pałac przemierzały co roku rzesze turystów, w tym chmary uprawiających aerobik rencistów i
wycieczki szkolnej dziatwy w mundurkach. Wszyscy z ogromnym zaciekawieniem wpatrywali się w szklane ściany (w
rzeczywistości diamentowe - przez wzgląd na oszczędność) i zachodzące w nich fazy rozpadu molekularnego, tworzące linię
produkcyjną Źródła Wiktorii. W basenach zbierano zanieczyszczoną wodę i powietrze. Obok znajdowały się inne baseny, w
których woda i powietrze były już nieco czystsze.
Procedurę oczyszczania powtarzano kilkadziesiąt razy. Baseny na końcu linii wypełniał idealnie czysty azot i idealnie
czysta woda.
Linię basenów nazywano kaskadą, co miało świadczyć o dosyć abstrakcyjnym poczuciu humoru inżynierów. Niestety,
turyści nie potrafili tego docenić, czemu dawali wyraz, nie robiąc przy niej żadnych zdjęć.
Proces oczyszczania zachodził w ścianach między tworzącymi kaskadę basenami. Tak naprawdę nie były to ściany, lecz
nieskończenie drobne siatki submikroskopowych kół o wielu wprawianych w nieustanny ruch szprychach. Każda szprycha
chwytała zanieczyszczoną cząstkę azotu lub wody i obróciwszy nią, uwalniała do basenu z cząstkami czystszymi. Substancje
nie będące wodą ani azotem nie mogły zostać pochwycone przez szprychę, przez co nie przechodziły na drugą stronę. Inne koła
wychwytywały przydatne pierwiastki śladowe, takie jak węgiel, siarkę czy fosfor, i przekazywały je do mniejszej, równoległej
2 / 169
NEAL STEPHENSON - Diamentowy Wiek
kaskady, w której następował proces oczyszczenia. Idealnie czyste molekuły zbierano w rezerwuarach. Niektóre z cząstek
łączono z innymi, tworząc pomocne w produkcji molekularne gadżety. Na końcu wszystkie cząstki wtłaczano lejkowatymi
przekaźnikami w pęk molekularnych pasów transmisyj -nych nazywanych zasilaczem. Źródło Wiktorii - podobnie jak pół
tuzina innych Źródeł Atlantydy/Szanghaju - było studnią, w której zasilacz brał swój początek.
Styl życia Pączka i związane z nim komplikacje finansowej natury; wizyta w banku
Pączek nie mógł się sobie nadziwić: miał nowy czaszkolet i ani razu nie użył go w złości. Wystarczała mu sama
świadomość posiadania broni - dzięki niej nosił się w taki sposób, że nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł go zaczepić,
szczególnie wtedy, gdy miał na nosie bryle i przyoblekł ciało w czarne skóry. Gdy spojrzał na kogoś z ukosa, ten natychmiast
schodził mu z drogi.
Nadszedł czas, aby awansować społecznie. Szukał posady czujki. Zadanie nie było łatwe. Alternatywny przemysł
farmaceutyczny pracował w systemie szybkich, punktualnych dostaw i nie prowadził zbyt wielu ksiąg, stanowiących dla glin
potencjalny materiał dowodowy. Tabakę hodowano w nielegalnych kompilatorach materii, przechowywano w pustych,
niskoczynszowych blokach mieszkalnych i dostarczano do ulicznych handlarzy przez sieć biegaczy. W trakcie każdej operacji
okolicę zaludniała probabilistycznie chmara wabi i czujek, którzy nigdy nie zatrzymywali się zbyt długo w jednym miejscu - co
groziło aresztowaniem za włóczęgostwo - i monitorowali pozycje glin (lub policyjnych kapsuł inwigilacyjnych) przez szpary w
ciemnych okularach.
Kiedy Pączek posyłał swojego ostatniego szefa do diabła, był pewny, że załatwi sobie posadę biegacza. Ale nic z tego
nie wyszło, a od tamtej pory wylądowało już parę wielgachnych statków powietrznych z Ameryki Północnej, pełnych białych i
czarnych śmieci, które rozpełzły się po rynku pracy. Pączkowi kończyły się pieniądze i miał już dosyć darmowego jedzenia z
publicznych kompilatorów materii.
Bankiem Pawia był przystojny mężczyzna z siwiejącą kozią bródką, pachnący cytrusami i przyobleczony w przesadnie
modny dwurzędowy garnitur, uwidaczniający - z niezłym skutkiem - wąską talię właściciela. Można go było znaleźć w dosyć
paskudnym biurze nad agencją turystyczną, która to mieściła się w szeregu ponurych bloków między Aerodromem a pełnym
burdelów nabrzeżem.
Bank nie był zbyt rozmowny. Wymienili uściski rąk, po czym tamten skrzyżował w zamyśleniu ramiona i oparł się o
krawędź biurka. W tej postawie wysłuchał świeżo skomponowanej bajeczki Pączka, kiwając od czasu do czasu głową, jakby
klient mówił coś istotnego. Wyglądało to dosyć niepokojąco - tym bardziej, że Pączek mówił same bzdury - pocieszał się
jednak zasłyszaną opinią, że te fajfusy szczycą się wysokim poziomem usług dla klienta.
Bank przerwał monolog Pączka w wybranym przez siebie momencie i spojrzał na niego radośnie.
- Życzy pan sobie zabezpieczyć linię kredytową-powiedział, jakby fakt ów stanowił dla niego miłe zaskoczenie, co nie
było zbyt prawdopodobne.
- Można tak chyba powiedzieć - przyznał Pączek, żałując, że nie potrafi wyrazić tego w tak wspaniale brzmiącej
terminologii.
Bank sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej potrójnie złożony kawałek papieru.
- Przypuszczam, że zechce pan rzucić okiem na tę broszurę - zwrócił się do Pączka, a do broszury zaszczekał coś w
jakimś nieznanym języku. Gdy Pączek odbierał papier z ręki banku, biała kartka wygenerowała ładne, animowane kolorowe
logo i muzykę. Logo zamieniło się w pawia. Niżej rozpoczęła się wideoprezentacja prowadzona przez podobnego do banku
dżentelmena -jakby Indianina, chociaż może Araba. - Parsowie witają w Banku Pawia - oznajmił ten drugi.
- Jacy Parsowie? - wyrwało się Pączkowi. Spojrzał na bank, który lekko spuścił wzrok i wskazał bródką kartkę. Ta
usłyszała pytanie i rozpoczęła już wyjaśnienia. Pączek rychło pożałował swojej ciekawości, bo kartka zaczęła się rozwodzić
kwieciście i niezrozumiale na temat genealogii Parsów, którzy bez wątpienia nie życzyli sobie, aby mylić ich z fajfusami,
Pakistańcami ani Arabami, co - wedle broszury - nie miało oznaczać, że Parsowie mają coś do zarzucenia tym wielce
szanowanym grupom etnicznym. Pączek starał się nie słuchać, mimo to dowiedział się o Parsach więcej, niż było potrzebne:
poznał ich przedziwną religię, tendencję do przemieszczania się, nawet pieprzoną kuchnię, która wyglądała dosyć obrzydliwie,
co nie przeszkodziło mu poczuć skurczów głodu. Skończywszy z Parsami, broszura przeszła do interesów, czyli zabezpieczania
linii kredytowych.
Pączek znał to wszystko na pamięć. Bank Pawia nie różnił się w niczym od innych tego typu instytucji: gdy
zaakceptował klienta, wstrzeliwał w niego bezzwłocznie kartę kredytową. Implantował ją w stawie biodrowym, podczas gdy
inne banki optowały raczej za wyrostkiem na potylicy - miejsce nie miało znaczenia, dla potrzeb karty wystarczała dowolna, w
miarę duża kość znajdująca się tuż pod skórą. Kość była niezbędna ze względu na radiowe połączenie karty, wymagającej do
odbioru stosunkowo długiej anteny. Po zamontowaniu człowiek mógł chodzić, dokąd chciał, i kupować
rzeczy
najzwyczajniej
prosząc o nie - szczegółami transakcji zajmował się Bank Pawia, sprzedawca i karta w biodrze.
Banki różniły się między sobą stopami oprocentowania, minimalnymi miesięcznymi spłatami i podobnymi drobiazgami.
Żadna z tych rzeczy nie miała dla Pączka znaczenia. Liczyło się tylko to, co mogą mu zrobić, jeśli wpadnie w długi, czekał
więc cierpliwie, udając zainteresowanie odsetkami i resztą gówien, po czym zapytał obojętnie i jakby od niechcenia o politykę
debetową banku. Bank wyglądał przez okno, jakby nie usłyszał pytania.
Ścieżka dźwiękowa broszury zmieniła ton: kartka odezwała się chłodnym, jazzowym brzmieniem i ukazała
wielokulturową ekipę pań i panów - z pozoru nie przypominających zdegradowanych oszustów kredytowych - siedzących
wokół stołu i z mozołem składających po kawałku etniczną biżuterię. Ludzie ci wyglądali na zadowolonych, popijali herbatę i
żywo wymieniali uwagi. Za dużo herbaty, jak na podejrzliwe oko Pączka, który nie dostrzegał wielu rzeczy, ale nie dawał się
nabrać na manipulację medialną. Bank kładł zbyt duży nacisk na herbatę.
Z aprobatą odnotował jednak zwykłe, codzienne stroje dłużników, których nie przebierano w uniformy, a także fakt
przebywania w jednej sali kobiet i mężczyzn. “Bank Pawia prowadzi globalną sieć czystych, bezpiecznych i przestronnych
warsztatów. W przypadku nieprzewidzianych okoliczności uniemożliwiających spłatę kredytu lub przeliczenia się przez
naszych Klientów z własnymi możliwościami finansowymi, Bank do czasu rozwiązania wszelkich problemów natury
3 / 169
NEAL STEPHENSON - Diamentowy Wiek
finansowej zapewnia dłużnikom zakwaterowanie blisko miejsca zamieszkania. Goście warsztatów Banku Pawia mają osobne
łóżka i w niektórych przypadkach osobne pokoje mieszkalne. Dzieci mogą pozostać z rodzicami w trakcie całej wizyty.
Warunki pracy należą do najlepszych w przemyśle, a wysoka wartość dodana operacji związanych z produkcją biżuterii
ludowej sprawia, że bez względu na wielkość zadłużenia trudności rozwiązywane są niemal w mgnieniu oka”.
- Jaka jest... eee... strategia sprowadzania dłużników... no... wie pan... tam, gdzie ich miejsce? - zapytał Pączek, a bank
zupełnie stracił zainteresowanie jego dyskusją z broszurą, wyprostował się, obszedł biurko i zająwszy za nim miejsce, wyjrzał
przez okno nad wodę, tam gdzie w oddali majaczył Pudong i Szanghaj.
- Broszura nie podaje tego szczegółu - powiedział wreszcie - jako że większość naszych klientów nie dzieli z panem
wyjątkowego zainteresowania dla detali dotyczących akurat tego aspektu umowy kredytowej.
Wypuścił powietrze nosem, jak człowiek, który nie chce drażnić nozdrzy nieprzyjemnym zapachem, po czym jeszcze
raz pogłaskał brodę.
- Reżim postępowania egzekucyjnego składa się z trzech faz. Każda z nich ma, rzecz jasna, bardzo przyjemną nazwę,
ale dla pańskich potrzeb powiem tylko, że faza pierwsza to uprzejme napomnienie, druga: znacznie powyżej pańskiego progu
bólu, i trzecia: zejście śmiertelne w spektakularnych okolicznościach.
Pączek pomyślał, że z chęcią pokazałby Parsowi, czym jest zejście śmiertelne w spektakularnych okolicznościach, ale
facet będący bankiem miał na pewno niezłą ochronę. Poza tym inne banki prowadziły podobną politykę egzekucyjną, więc w
zasadzie powinien być wdzięczny Pawiowi, że nie owijał rzeczy w bawełnę.
- W porządku. Wrócę tu jeszcze - rzucił na pożegnanie. - Mogę zatrzymać broszurę?
Pars machnął ręką, ale Pączek był już na ulicy. Gdzieś musi być przecież jakaś łatwa forsa.
Królewska wizyta; Hackworthowie świętują na pokładzie statku; przyjęcie urodzinowe księżniczki Charlotty;
Hackworth spotyka para
W piątkowe popołudnie trzy geodesykcyjne nasiona ślizgały się nad dachami i ogrodami Atlantydy/Szanghaju niczym
pestki monstrualnej kalabasy wielkości księżyca. Z boisk krykietowych parku Źródła Wiktorii wystrzeliły do góry dwa maszty
cumownicze. Najmniejszy ze statków napowietrznej flotylli oznaczono królewskim herbem. Teraz pojazd ów stał na redzie,
czekając, aż dwa większe opadną ku dokom i przycumują. Burty latających machin - puste w środku - wydawały się
przezroczyste. Nie zasłaniały słońca, przeciwnie, żółciły i zaginały jego promienie, rzucając wszędzie olbrzymie abstrakcyjne
wzory jasności i niejasności, chwytane w ręce przez dziatwę w krynolinach i marynarskich mundurkach. Grzmiała orkiestra
dęta. Na trapie statku powietrznego “Atlantyda” pojawiła się maleńka postać w białej sukience i pomachała do witających ją
dzieci. Wszyscy się domyślili, że to jubilatka we własnej osobie: księżniczka Charlotta. Rozległy się powitalne okrzyki i głośny
aplauz.
Fiona Hackworth wędrowała po Królewskim Ogrodzie Ekologicznym pod czujnym okiem rodziców, którzy mieli
nadzieję uchronić jej spódnice od błota i roślinnych śmieci. Strategia ta nie w pełni się powiodła, ale John i Gwendolyn
doprowadzili spódnice do porządku kilkoma szybkimi ruchami rąk, przenosząc brud na białe rękawiczki. Z rękawiczek brud
wzniósł się w powietrze. Współczesne rękawiczki pań i panów utkane były z nieskończenie małych splotokuł, które wiedziały,
jak pozbywać się zanieczyszczeń. Człowiek mógł taką rękawiczką przerzucić tony błota, a już po paru sekundach jego dłoń
jaśniała nieskazitelną bielą.
Hierarchia apartamentów na pokładzie “Eteru” odpowiadała idealnie pozycji każdego z pasażerów, jako że część
gościnna statku ulegała dekompilacji i przebudowie przed każdym lotem. Dla lorda Finkle-McGrawa, jego trójki dzieci wraz z
małżonkami, oraz dla Elizabeth (jego pierwszej i jedynej jak dotąd wnuczki), statek wysunął prywatne ruchome schody, które
zaniosły ich do luksusowej kabiny położonej na samym dziobie, skąd roztaczał się nieograniczony,
stuosiemdziesięciostopniowy widok.
Idąc od apartamentu Finkle-McGrawa ku rufie, trafiało się do kabin tuzina innych parów, zwykłych hrabiów lub
baronów, zajmujących z wnukami - a nie z dziećmi - przedziały klasy B. Dalej ulokowano kadry kierownicze, poobwieszane
złotymi łańcuszkami od zegarków, e-mailowymi puzderkami, telefonami, krzesidełkami,
tabakierkami i innymi fetyszami, których zadaniem było ukrycie wypiętrzających się pod ciemnymi kamizelkami
brzuchów. Większość dyrektorskich latorośli osiągnęła wiek, w którym dzieci przestają być milutkie i nikomu - poza rodzicami
- nie sprawiają przyjemności; chodziło też o wzrost, przy którym dziecięca energia
zaczyna
być raczej zagrożeniem niż cudem;
wreszcie poziom inteligencji, na skutek czego to, co uważano za niewinność u drobniejszej dziatwy, przekształciło się w
denerwującą bezczelność. Pszczółkę szukającą nektaru uważa się za ładną mimo ostrego żądła, gdy jednak za nektarem
rozgląda się szerszeń, człowiek automatycznie sięga po packę. Na szerokich schodach prowadzących do kabin pierwszej klasy
niejedna rozbrykana postać ucierpiała z powodu ostrych szarpnięć za ramię, traktowanych jako środek dyscyplinujący przez
syczących z wściekłości ojców w cylindrach na bakier, zaciskających zęby i rozglądających się nerwowo w poszukiwaniu
potencjalnych świadków.
John Percival Hackworth był inżynierem. Większość inżynierów gnieździła się w maleńkich kajutach ze składanymi
kojami, ale on - noszący górnolotny tytuł artifexa i kierujący grupą odpowiedzialną za dzisiejszy projekt - został umieszczony
w kabinie drugiej klasy z podwójnym, małżeńskim łożem i składaną dostawką dla Fiony. Numerowy wniósł ich niezbyt
pokaźne, zaledwie jednodniowe bagaże, w chwili gdy “Eter” klarował obok masztu cumowniczego - dwudziestometrowego
diamentoidalnego wiązara, który znikał już pod gładką niczym stół bilardowy powierzchnią krykietowego boiska, nie czekając,
aż statek skręci na południe. Park, leżący obok Źródła Wiktorii, pełen był katachtonicznych linii zasilacza, dzięki czemu
wyhodowanie w nim dowolnej struktury materialnej nie nastręczało niemal żadnych trudności.
Kabina Hackworthów mieściła się na sterburcie i oddalając się od Nowego Chusanu, ujrzeli kryjące się za Szanghajem,
przeświecające czerwonawo przez odwieczny płaszcz węglowych dymów słońce. Gwendolyn przez godzinę czytała Pionie
bajki do snu, a John przeglądał wieczorne wydanie “Timesa”; potem rozłożył papiery na maleńkim biurku i zaczął je pilnie
studiować. Później oboje przebrali
się w stroje wieczorowe. Stroili się w ciszy i po ciemku, aby nie obudzić Fiony. Punktualnie o dziewiątej wyszli na
4 / 169
NEAL STEPHENSON - Diamentowy Wiek
korytarz, zamknęli drzwi i kierując się brzmieniem big bandu, ruszyli ku wielkiej sali balowej, gdzie właśnie rozpoczynały się
tańce. Posadzka sali balowej była bryłą transpektakularnego diamentu. Przyciemniono światła. Tańczące pary zdawały się
płynąć nad oświetloną księżycem powierzchnią Pacyfiku w rytmie walca, menueta i lindy, w elektrycznej podróży przez noc.
Wschód słońca zastał trzy statki powietrzne wysoko nad Morzem Południowochińskim, daleko od lądu. Ocean był tutaj
stosunkowo płytki, o czym wiedział Hackworth i grupka inżynierów. Z okna kabiny Hackworthów rozciągał się przyzwoity
widok, mimo to John, obudziwszy się wcześnie, wybrał sobie miejsce na diamentowej posadzce sali balowej, zamówił u
kelnera espresso oraz “Timesa” i spędzał przyjemnie czas, czekając, aż Gwen i Fiona przygotują się do reszty dnia. Wszędzie
pełno było dzieci dyskutujących o tym, co miało się wydarzyć.
Gwen i Fiona spóźniły się tak bardzo, że aż go to zaciekawiło. Początkowo, czekając na nie, wyjmował z tuzin razy z
kieszonki swój mechaniczny zegarek, wreszcie, zirytowany, zaczął ściskać go w dłoni, otwierając i zamykając kopertę. Gdy
przyszły, Gwen podkurczyła długie nogi i rozłożyła elegancko spódnice na przezroczystej podłodze, ściągając na siebie
złośliwe spojrzenia kilku stojących nieopodal kobiet. John stwierdził z ulgą, że większość z nich była inżynierami stosunkowo
niskiej rangi bądź żonami inżynierów. Nikt z VIP-ów nie musiał przychodzić do sali balowej.
Fiona opadła na kolana i łokcie, i położyła twarz na diamencie, wypinając siedzenie. Hackworth ujął delikatnie kanty
spodni, podciągnął je odrobinę do góry i przyklęknął na jednym kolanie.
Sprytoral wyłonił się z głębin z gwałtownością, która zdumiała inżyniera, choć uczestniczył w jego projektowaniu i
widział pierwsze próby. Oglądany przez ciemną powierzchnię Pacyfiku, przypominał eksplozję rozrywającą taflę szkła. W
oczach Hackwortha wyglądał jak strumień gęstej śmietanki wlewany do kawy, odbijający się od dna filiżanki, rozkwitający
fraktalnie i zlewający się w jedno tuż pod powierzchnią napoju. Szybkość tego procesu była starannie zaplanowanym
kuglarstwem; sprytoral rósł na dnie oceanu już od trzech miesięcy, czerpiąc energię z superkonu - który wyhodowano w
głębinach specjalnie na tę okazję - i ekstraktując niezbędne atomy wprost z morskiej wody i rozpuszczonych w niej gazów. To,
co działo się poniżej, wyglądało dosyć chaotycznie i pod pewnymi względami takie było w istocie; lecz każda litokuła
dokładnie znała swoje miejsce i zadanie, jakie winna spełniać. Litokuły miały kształt czworościennych cegiełek budowlanych z
wapnia i węgla, wielkość ziarenek maku, a każda z nich wyposażona była w oddzielne źródło zasilania, mózg i system
nawigacyjny. Uniosły się z morskiego dna na sygnał wydany przez księżniczkę Charlottę, która, obudziwszy się tego ranka,
znalazła pod poduszką mały prezent: złoty gwizdek na łańcuszku. Księżniczka stanęła na balkonie, nabrała powietrza i
dmuchnęła w gwizdek.
Korale zbiegały się ze wszystkich stron do miejsca, w którym miała powstać wyspa. Niektóre litokuły przemieszczały
się o parę kilometrów, by zająć wyznaczoną pozycję. Wypychały wodę o objętości równej rozmiarom wyspy - w sumie kilka
kilometrów sześciennych. Efektem tego procesu była wściekła turbulencja wybrzuszająca powierzchnię oceanu, zjawisko o
takiej gwałtowności, że kilkoro dzieci zaczęło krzyczeć, obawiając się o losy wiszącego wysoko na niebie statku; w rzeczy
samej, parę kropel dosięgło diamentowego brzucha pojazdu, co zmusiło pilota do zwiększenia wysokości. Szybki manewr
wzbudził salwę śmiechu u zgromadzonych w sali balowej ojców, którzy delektowali się iluzją niebezpieczeństwa w obliczu tak
jawnej impotencji Natury.
Piana i mgła opadły nieco, ukazując oczom wszystkich nową wyspę, jaśniejącą łososiowe w świetle poranka. Oklaski i
okrzyki radości ucichły do profesjonalnego pomruku. Szczebiot zdumionej dziatwy był jednak zbyt głośny i rozdokazywany,
aby cokolwiek usłyszeć.
Mieli jeszcze kilka godzin. Hackworth strzelił palcami, przywołując kelnera, i zamówił świeże owoce, sok, gofry i
kawę. Nie pozostało im nic innego, jak delektować się słynną kuchnią “Eteru” i przyglądać się wyrastającym na wyspie
zamkom, faunom, centaurom i zaczarowanym lasom.
Księżniczka Charlotta była pierwszą istotą ludzką, która postawiła stopę na czarodziejskiej wyspie. Zbiegła po trapie,
Atlantydy” w otoczeniu grupki małych przyjaciół, przypominających
z
daleka polne kwiaty, a to z racji przewiązanych
wstążkami i chroniących od słońca czepków. Wszyscy zabrali ze sobą kosze na prezenty, które jednak szybko oddano pilnym
guwernantkom. Księżniczka stanęła twarzą w stronę “Eteru” i zacumowanego kilkaset metrów dalej “Chinooka”, i odezwała
się, nie podnosząc głosu, a mimo to była słyszana przez każdego gościa. W koronkowym kołnierzyku jej fartuszka ukryto
nanofon połączony z fazową ordynacją akustyczną, która wyrosła w górnych warstwach powierzchni wyspy.
- Chciałabym wyrazić swą wdzięczność lordowi Finkle-McGrawowi i wszystkim pracownikom Systemów Maszyn
Fazowych SA za ten przewspaniały prezent urodzinowy. A teraz, drogie dzieci Atlantydy/Szanghaju, zapraszam was, jeśli wola,
na moje urodzinowe przyjęcie.
Dzieci Atlantydy/Szanghaju zakrzyknęły “tak” i rzuciły się biegiem w dół wielokładkowych trapów “Eteru” i
“Chinooka”, które ' wysunięto specjalnie na tę okazję, chcąc zapobiec korkom, spowodowanym przez pośpiech obrażeniom lub
- Boże uchowaj - naruszeniom etykiety. Przez kilka pierwszych chwil dziatwa uciekała ze statków jak gaz z odkorkowanej
butelki. Potem zaczęła się zbierać przy cudach wyspy: centaurze - wysokim na osiem stóp i zupełnie niegroźnym -
spacerującym po łące w towarzystwie rozbrykanego syna i córki; małych dinozaurach; jaskini otwierającej się na pagórku i
noszącej wszelkie znamiona zaczarowania; wreszcie przy drodze wijącej się ku ruinom zamku.
Większość dorosłych została na pokładzie, pozwalając dzieciom wyszaleć się przez kilka minut. Inaczej postąpił lord
Finkle-McGraw, którego widziano, jak szedł w stronę “Atlantydy”, ostukując ziemię laską, jakby chciał sprawdzić, czy jest
dość wytrzymała dla królewskich stóp.
Na trapie statku pojawiła się szacowna para: ona, w kwiecistej sukni, będącej ukłonem w stronę skromnie pojętej mody i
stosownej do letniej pory wygody i lekkości, z dopasowaną kolorystycznie parasolką w dłoni, królowa Atlantydy Wiktoria II;
on, w wymuskanym, beżowym, lnianym garniturze, jej mąż, książę małżonek, którego imię brzmiało - niestety, niestety - Joe
Joe - albo Joseph, jak nazywano go oficjalnie - szedł z przodu, poruszając się pompa-tycznym chodem pierwszego człowieka
na Księżycu, potem odwrócił się do Jej Królewskiej Mości i podał jej dłoń, którą królowa ujęła wdzięcznie, acz niezbyt dbale,
co miało podkreślać i przypomnieć wszystkim, że w swoim czasie Wiktoria pływała w obsadzie reprezentacji Oxfordu, znalazła
lekarstwo na stres studiów w Szkole B Stanfordu, przemierzając kraulem tamtejszy basen, jeździła na łyżworolkach i z
powodzeniem uprawiała jeet kunę do. Gdy królewskie espadryle dotknęły wyspy, lord Finkle-McGraw ukłonił się z
5 / 169
[ Pobierz całość w formacie PDF ]