Steven.Saylor.-.Ostatnio.widziany.w.Massilii.(P2PNet.pl), !!!!!!! NOWE !!!!!!!!!(hasło=1234)

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Cykl ROMA SUB ROSA
tom 9 - Ostatnio widziany w Massilii

Księgozbiór DiGG
f
2009
Mojej siostrze, Gwyn
bi tu es colere mores Massiliensis postulas?
Nunc tu si vis subigitare me, probast occasio.
Plaut,
Casina
(963-964)
ROZDZIAŁ 1
-C
zyste szaleństwo! - burknąłem pod nosem. - Przeczuwałem,
Dawusie, że nie powinniśmy zjeżdżać z drogi. To mi dopiero skrót!
- Ale, teściu, słyszałeś, co mówił ten gość w tawernie. Droga do Massilii
jest niebezpieczna. Massylczycy tkwią zamknięci w mieście, a wojska
Cezara są zbyt zajęte obleganiem, by zawracać sobie głowę patrolowaniem
dróg. Galijscy bandyci zupełnie się rozzuchwalili i napadają na każdego
podróżnego.
- Przydałby się nam teraz jakiś galijski bandyta. Przynajmniej wskazałby
nam kierunek.
Topografia okolicy rzeczywiście mogła przyprawić o ból głowy.
Stopniowo zapuszczaliśmy się w długą i wąską dolinę, której urwiste
zbocza niedostrzegalnie rosły po obu stronach jak z wolna unoszące głowy
kamienne olbrzymy, a teraz znaleźliśmy się otoczeni zewsząd niemal
pionowymi ścianami bladych wapiennych skał. Środkiem doliny wił się
strumyk, teraz, pod koniec długiego i suchego lata, niemal doszczętnie
wyschnięty. Jego kamieniste brzegi porastały niskie drzewa. Nasze konie
stąpały ostrożnie między ostrymi kamieniami i poskręcanymi dziwacznie
korzeniami grubości męskiego ramienia. Posuwaliśmy się naprzód bardzo
powoli.
Tego ranka wcześnie wyruszyliśmy z tawerny i za radą gospodarza
szybko porzuciliśmy płaską, szeroką, precyzyjnie ułożoną rzymską drogę.
Powiedział nam, że dopóki będziemy się trzymać kierunku południowego i
jechać po prostu w dół, ku morzu, nie możemy nie trafić do Massilii.
Zwłaszcza że tylu wokół niej żołnierzy Cezara. Teraz jednak, kiedy słońce
zaczynało się chować za zachodnią ścianę doliny, powoli nabierałem
podejrzenia, że facet zrobił nam brzydki kawał. Cienie między głazami
robiły się coraz głębsze, a korzenie drzew, dziko rozrzucone po skalistym
podłożu, zdawały się żyć własnym życiem. Coraz częściej miałem
wrażenie, że kątem oka widzę splątane gromady węży wijących się wśród
skał. Konie najwyraźniej miały to samo złudzenie, gdyż raz po raz
parskały, wierzgały, a nawet usiłowały atakować korzenie kopytami.
Nie wiedząc, jakim sposobem znaleźliśmy się w tej dolinie, tym bardziej
nie potrafiłem powiedzieć, jak z niej wyjechać. Próbowałem się
zorientować w terenie (i w ten sposób dodać sobie ducha) - słońce zniknęło
za urwiskiem po naszej prawej ręce, dolina więc prowadzi nas na południe.
Jedziemy w dół strumyka, a zatem, prawdopodobnie, ku morzu. Na
południe i w stronę morza, czyli dokładnie według wskazówek karczmarza.
Ale gdzie, na Hades, jesteśmy? Gdzie jest Massilia i obozująca pod nią
armia Cezara? I jak mamy się wydostać z tego kamiennego jaru?
Najwyższe partie wschodniej ściany wąwozu oświetlało teraz zachodzące
słońce, barwiąc ich kredową biel krwistą czerwienią. Odbity blask aż mnie
oślepiał. Kiedy przymknąłem oczy, cienie wokół nas wydały mi się jeszcze
głębsze, a szemrząca po kamieniach woda przybrała czarny kolor. Przez
dolinę niosło się tchnienie ciepłego wiatru. Obraz i dźwięki stały się
niepewne i nierzeczywiste; w szumie liści słyszałem ludzkie sapanie lub
syk węży. Wśród skał zaczęły majaczyć dziwne zjawy: wykrzywione
twarze, poskręcane ciała, dziwaczne postacie, które równie szybko się
rozpływały. Pomimo ciepłego powiewu poczułem dreszcz. Jadący obok
mnie Dawus pogwizdywał melodię, którą poprzedniego wieczoru śpiewał
w tawernie wędrowny galijski pieśniarz. Po raz kolejny w ciągu
dwudziestu jeden dni naszej podróży z Rzymu zacząłem się zastanawiać,
czy mój niewzruszony zięć rzeczywiście nie czuje ani trochę strachu, czy
po prostu brak mu wyobraźni.
Nagle aż się wzdrygnąłem. Musiałem też ściągnąć wodze i wydać jakiś
okrzyk, ponieważ mój koń stanął jak wryty, a Dawus błyskawicznie dobył
miecza.
- Co się stało, teściu?
- Nic... - Zamrugałem, z lekka oszołomiony.
- Ale przecież...
- Nic się nie stało. Tylko... - Patrzyłem w mrok zalegający między
głazami i nisko zwisającymi gałęziami. Tam, wśród ulotnych zjaw i cieni,
chyba ujrzałem prawdziwą ludzką twarz i wpatrzone we mnie oczy. Oczy,
które rozpoznałem...
- Co tam widziałeś, teściu?
- Wydawało mi się, że widzę człowieka.
Dawus wytężył wzrok, usiłując przebić ciemność.
- Bandytę? - spytał.
- Nie. Kogoś, kogo kiedyś znałem. Ale to byłoby... niemożliwe.
- Kto to był?
- Nazywał się Katylina.
- Ten buntownik? Ale przecież go zabito tak dawno temu! Byłem wtedy
jeszcze chłopcem.
- Nie tak znowu dawno, raptem trzynaście lat. - Westchnąłem. - Ale
masz rację. Katylina zginął w bitwie. Sam widziałem jego głowę...
zatkniętą na tyce przed namiotem wodza, który go pokonał.
- No, to nie mogłeś go widzieć tu dzisiaj, prawda? - W głosie Dawusa
zabrzmiała nutka niepewności.
- Oczywiście, że nie. Wieczorne światło, cienie liści na kamieniach,
wyobraźnia starego człowieka... - Odchrząknąłem. - Wiele o nim myślałem
przez ostatnie dni, kiedy zaczęliśmy się zbliżać do celu. Widzisz, kiedy
Katylina zdecydował się uciec przed swymi wrogami z Rzymu, właśnie tu
miał się udać... to znaczy, do Massilii. To jest koniec świata... w każdym
razie dla rzymskich uchodźców... bezpieczna przystań dla wszelkiej maści
zgorzkniałych przegranych i intrygantów... nieudaczników, których
nadzieje obróciły się w Rzymie wniwecz. W Massilii są witani z otwartymi
rękami, jeśli mają dość złota, by się wkupić. Ale to nie dla Katyliny. W
końcu postanowił nie uciekać. Stawił czoło przeciwnikom i stracił życie. -
Zadrżałem znowu. - Przeklęte miejsce! Same skały i skarlałe drzewka!
- A mi się tu nawet podoba. - Dawus wzruszył ramionami.
Ścisnąłem konia nogami i ruszyliśmy. Magia godziny sprawiła, że
otaczający nas mrok nie gęstniał, lecz jakby zastygł, ani jaśniejszy, ani
ciemniejszy z upływem minut. Wjechaliśmy na pogranicze dnia i nocy,
gdzie zjawy szepczą i przemykają między drzewami. Beztroskie
pogwizdywanie Dawusa za moimi plecami w tej scenerii chyba najbardziej
mnie wyprowadzało z równowagi. Byliśmy jak dwaj śpiący, którym śnią
się zupełnie inne sny.
- Teściu, popatrz przed siebie! To chyba jakaś świątynia.
Dawus miał rację. Nagle wyjechaliśmy spomiędzy stłoczonych głazów
na szeroko otwartą półkolistą przestrzeń, niczym wielki kamienny
amfiteatr. Strumień skręcił gdzieś w prawo, a z zakończonej nawisem
ściany sączył się niewielki wodospad. Zresztą na całej płaszczyźnie skały,
porośniętej mchem i paprociami, widać było liczne mikroskopijne
źródełka. Teren był tu płaski; kiedyś, dawno temu, ziemię wyrównano i
zasadzono winorośl. Przekrzywione tyczki tworzyły równe rzędy w
sporych odstępach, ale nie pielęgnowana winorośl rozrosła się w dziki
gąszcz. Winnica otoczona była dziwnie wyglądającym płotem. Kiedy
podjechaliśmy bliżej, przekonałem się, że jest on zrobiony z ludzkich kości
zbitych ze sobą gwoździami i wkopanych w ziemię. Niektóre ściemniały i
skruszały, inne bielały upiornie, nie naruszone przez czas. Bramę
wyznaczały dwa kamienne obeliski, zdobne w płaskorzeźby
przedstawiające sceny bitewne. Zwycięscy żołnierze nosili zbroje i
grzebieniaste hełmy greckich żeglarzy, pokonani Galowie mieli na sobie
skórzane spodnie i hełmy ze skrzydełkami. Dróżka prowadząca w głąb
winnicy wyłożona była kamiennymi płytami, popękanymi teraz i
przerośniętymi chwastami, i kończyła się u stóp niewielkiej okrągłej
świątyni nakrytej kopułą.
Niesamowitość otoczenia podziałała na mnie niemal paraliżująco.
Wszechobecny półmrok zdawał się tu rozrzedzać, a świątynka jaśniała
czerwonawym odblaskiem, jak gdyby blady marmur się nagle zarumienił.
- Teściu, ja znam to miejsce! - Dawus z wrażenia aż sapnął.
- Skąd możesz je znać? Ze snu?
- Nie, z tawerny. To musi być miejsce, o którym on śpiewał.
- Kto?
- Ten wędrowny pieśniarz. Ty poszedłeś spać, ale ja zostałem, by go
posłuchać. Śpiewał o tej winnicy.
- Jak brzmiały słowa?
- Dawno temu jacyś Grecy przypłynęli w te strony, omijając Italię i
Sycylię. Założyli miasto i nazwali je Massilią. Galowie z początku powitali
ich przyjaźnie, ale potem zaczęły się niesnaski, potyczki, a wreszcie wojna.
Jedna z bitew rozegrała się w wąskiej dolince, gdzie Massylczycy złapali
Galów w pułapkę i wyrżnęli ich tysiącami. Krew, która wsiąkła w ziemię,
uczyniła ją tak żyzną, że w jedną noc wykiełkowała tu winorośl. Z kości
poległych zbudowano płot, a Galowie po dziś dzień śpiewają pieśni o tej
masakrze. Przez cały dzień gwizdałem tę właśnie melodię, a teraz się tu
znaleźliśmy!
[ Pobierz całość w formacie PDF ]