Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód, Tramping - historia i wybrane podróże, Lewant 1973 - Bliski Wschód ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Slawannka
2009-06-05
Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód,
15.08–30.09.1973
Bardzo chciałabym opowiedzieć o tej mojej pierwszej i największej podróży.
Mam jednak wątpliwości - z podróży tej nie zachowały się prawie zdjęcia, a te, które
mam, to zaledwie parę wyblakłych szarobiałych odbitek, które prawie nic nie
pokazują z tego co tam przeżyliśmy i zobaczyliśmy, a w pamięci zachowały się,
głównie przygody, niewiele więcej. Więc czy taką podróż, głównie do czytania a nie
oglądania zaakceptują Kolumberowcy?... Jak nie, zrobimy delete:)
Ja bym jednak bardzo chciała opowiedzieć o tej wyprawie z kilku względów:
-
dzisiejszy świat już nie pamięta
jak organizowało się wyjazdy trzydzieści pięć
lat temu
i może warto o tym opowiedzieć...
-
nie wiem, czy
ludzie
których spotkaliśmy po drodze, i którzy zostali w mojej
pamięci jako niezwykle uczynni, gościnni i przyjacielscy, jeszcze dziś podobnie by
podchodzili do bandy dziwolągów z plecakami chcę wierzyć że tak...
-
ponieważ pod względem fotorelacji z podróży miałam wyjątkowego pecha aparat
zepsuł się przed pierwszym meczetem, a zdjęcia z drugiego, prostej smienki
pożyczonej po tygodniu, zaginęły na spotkaniu powyjazdowym (pewnie się komuś
spodobały...) moja pamięć o tym przeżyciu nie bardzo może posiłkować się
obrazami... Bardzo wiele wspomnień ukryło się gdzieś w zakamarkach pamięci,
ale ja wiem że one tam są... Dlatego mam nadzieję, że wracając do tych
wspomnień powoli przypomnę sobie wiele, że ta opowieść będzie się rozwijać i
uzupełniać... Dlatego piszę ją głównie
dla siebie
...
-
w trakcie pisania, otrzymałam od mojej ówczesnej przyjaciółki, zwanej Kali :),
kilka zdjęć, widokówek oraz rzecz bezcenną –
notesik z zapiskami z podróży
,
nie jest ich wiele, ale postaram się je wykorzystać w moim opowiadaniu
dziękuję,
Kali!
Cytaty z jej notatnika będą przytoczone kursywą.
-
i jeszcze mam taką niewielką nadzieję, że kto wie, może przeczyta tę relację ktoś
jeszcze kto był ze mną na tej wyprawie, może uzupełni moje wspomnienia,
poprawi, może uda się znaleźć więcej zdjęć a może odnajdą się moje... Żeby
relacja nie była jednak pozbawiona obrazów, będę linkować do miejsc w których
byłam opisanych i sfotografowanych przez innych Kolumberowców (
pomóżcie,
podajcie linki!
). Mam nadzieję, że tak można...
A więc ...
czas uruchomić wspomnienia...
1
Kiedy chodziłam do liceum, głośno było o wyprawie studenckiej URSUSEM na
Saharę. Ursusem, traktorem! Dziś nikt o tej wyprawie nie pamięta, wtedy to była
rewelacja. Marzyłam skrycie o tym, żeby wziąć udział w tego typu wyprawie, nie
ważne, traktorem, balonem, pieszo czy na pontonie. Żeby zwiedzać świat, dotrzeć do
tambylców, pobyć z nimi, pożyć ich życiem.
W owych czasach pojechać za granicę można było jedynie albo na oficjalne
zaproszenie (miałam wielkie pretensje do mojej rodziny, bo nie mieliśmy nikogo za
granicą...) albo na wycieczkę biura podróży (brak kasy) albo na tzw promesę
dolarową przydzielaną (albo nie) przez bank ... no, chyba na tym koniec. Paszport
dostawało się (albo nie, jeśli nie, to bez podania przyczyny) na podanie, tuż przed
wyjazdem, na ściśle określony termin i te kraje na które wystąpiło się w podaniu. Po
wyjeździe trzeba było paszport oddać, i to się łączyło często z wielkim stresem -
można się było dowiedzieć, że za jakieś grzeszki (przedłużenie na przykład pobytu w
państwie tranzytowym o parę dni, w zgodzie z wizą, no ale przecież paszport był do
innego państwa, więc jaki był cel? - taki zarzut postawili mi po tej podróży) -
następnym razem o paszporcie nie ma co marzyć...
A więc taki normalny człowiek jak ja, bez specjalnych środków i możliwości, bez
rodziny za granicą o dalekich podróżach mógł jedynie marzyć. No to tak sobie
marzyłam o wyprawie traktorem na Saharę lub gdziekolwiek i czymkolwiek...
Na początku studiów zapisałam się do klubu turystycznego UNIKAT przy UW. I tam
spotkałam kogoś, kto był na tej magicznej wyprawie traktorem! Po spotkaniu
powiedziałam: dałabym wszystko, żeby móc wziąć udział w tego typu podróży... Po
kilku tygodniach w klubie powiedziano mi:
organizujemy autostopową wyprawę na
Bliski Wschód, do Turcji, Syrii, Libanu. Chcesz jechać? - straciłam oddech... -
No pewnie, wykrztusiłam
. Nie miałam pojęcia, co na to rodzice, czy będzie na to
kasa, czy to możliwe. Ale to nie było ważne -
JADĘ NA BLISKI WSCHÓD, nic
więcej się nie liczy!
Nasza grupa liczyła kilkanaście osób. Nie wiem dokładnie, bo prawie nigdy nie
byliśmy razem, jeżdżąc autostopem dzieliliśmy się na grupki i spotykaliśmy się w
umówionych miejscach, ale rzadko wszyscy. Oczywiście, nie było telefonów
komórkowych :)
Żeby wyjechać, potrzebowaliśmy:
-
jak najtańszego
kosztorysu
, nad tym pracował nasz kierownik wyprawy.
-
paszportów
, o które mogliśmy wystąpić jako organizowana przez klub wyprawa
-
promesy dolarowej*
, która była warunkiem otrzymania paszportów
2
-
wiz
do wszystkich krajów na Bliskim Wschodzie, oraz do Austrii, jako kraju
tranzytowego
-
szczepienia
na cholerę (nie jestem na 100% pewna czy to o to szczepienie
chodziło, ale chyba tak...)
-
super oszczędnego ekwipunku i wygodnego plecaka**
.
Koszt wyprawy
1
(dla mnie) był taki (z pamięci, mogę coś pokręcić): 500zł za 100
dolarów, bilet na pociąg osobowy (najtańszy możliwy) Warszawa-Svilengrad,
adidasy, dżinsy, słomkowy kapelusz, 50 zł na paszport studencki, niewielka suma na
wizy. To wszystko.
*
W owych latach już o tyle łatwiej niż za czasów Żelaznej Kurtyny można było
wyjechać za granicę, że mając udokumentowane środki na pobyt za granicą można
było się starać o paszport pod warunkiem przyznania przez bank tzw
promesy
dolarowej
. Dolary na czarnym rynku kosztowały 100 zł, w banku 50 zł. Jeśli bank
wydał taką promesę, można było się starać o paszport, a z paszportem można było
przed samym wyjazdem wykupić przyznaną walutę (kilka godzin w kolejce w
banku...). Na wyjazd do Europy przyznawano 100 dolarów, na kraje pozaeuropejskie
- do 150 dolarów. Ludzie najczęściej dokupywali na czarnym rynku dolary, i
przewozili je z wielkim strachem, pomysłowo ukryte - posiadanie
nieudokumentowanego pochodzenia waluty było karane, jedną z kar był zakaz
ubiegania się o paszport!
A więc my złożyliśmy podania o 150 dolarów. Ja chciałam wziąć tylko 100 dolarów,
bo na więcej nie stać było mojej rodziny, ale grupa poprosiła mnie, żebym wzięła
więcej dla kogoś innego i tak zrobiłam. Oczywiście, to nie było legalne:)
**
Nie miałam
plecaka ze stelażem
, jaki był wymagany na ten wyjazd. Kierownik
żądał takiego plecaka, tłumaczył, że w gorących krajach musimy chronić plecy dla
dobra wyprawy, bo każda choroba utrudniała jej realizację. Ale takich plecaków nie
było w sklepach a jak były to kosztowały straszne pieniądze. Więc tata zrobił mi
stelaż do mojego brezentowego plecaka z ... cienkiej dykty, którą przywiązał do rurek
linką!
Plecak sprawiał się doskonale, mimo - jak będzie potem - ciężko poparzonych
słońcem ramion i pleców, i mimo, że zgodnie z moją ówczesną hierarchią wartości w
skład super oszczędnego ekwipunku musiała wchodzić moja ukochana książka do
poduszki - Mały Książę (czego moi koledzy nie mogli mi wybaczyć...)
1
Według mojego [przypis KŁ] kosztorysu wszystkie koszty uczestnika (z wizami dewizami, biletami
kolejowymi, kosztami paszportu, szczepień, książeczki walutowej, legitymacji międzynarodowej itp.)
wyniosły ok. 7000 zł (średnia pensja na rękę wynosiła gdzieś ok. 3000-3500 zł)
3
I wreszcie ruszamy! Jedziemy pociągiem osobowym, z przesiadkami - tak będzie
najtaniej.
Podróż będzie długa, na miejscu mamy być dopiero o 18.25 następnego
dnia. Ludzie wydają się raczej sympatyczni, przynajmniej na razie. Miejsca mieliśmy
siedzące aż do Sofii
(z notatnika Kali).
Pierwszy etap podróży prowadzi tranzytem przez Lwów do Sofii. We Lwowie pociąg
staje na stacji, ale nie wolno wysiadać - drzwi i okna są zamknięte! Patrzymy przez
szyby na ludzi na stacji i usiłujemy sobie wyobrazić jak tam jest w tym zakazanym
Lwowie...
W pociągu przez głowę przebiegają marzenia - jak to będzie...?
Nasza wyprawa ma na celu zbadanie możliwości jak najtańszego zwiedzenia jak
najwięcej.
Program zakłada: przejazdy kiedy to tylko możliwe autostopem, przy czym grupa z
reguły ma się dzielić na podgrupy, nie mniejsze niż dwie osoby, dziewczyny nigdy nie
mogą podróżować bez opieki chłopców; spać mamy jeśli tylko to możliwe pod gołym
niebem we wszelkich możliwych tanich miejscach jakie się przydarzą, oraz - jeśli
będzie taka możliwość, w domach u ludzi (mamy jeden namiot, nie mamy
materaców, nie słyszano wtedy o karimatach, każdy ma folię, którą mamy podkładać
pod śpiwory); jedziemy trasą, gdzie rzadko docierają turyści, też dlatego, że w
turystycznych ośrodkach wszystko jest drogie i nastawione na turystyczny biznes. My
chcemy dotrzeć tam, gdzie ten biznes jeszcze nie dotarł... Czy to się uda...?
Polacy w owych latach wyjeżdżają do Turcji i nie tylko tam, ale są to wyjazdy głównie
„zarobkowe” - jedzie się coś sprzedać i coś kupić... Mnie zawsze brzydziła taka forma
"turystyki" i nie chciałam mieć z nią nic do czynienia...
Pociąg jedzie całą noc, kołysze, w końcu usypiamy, wiezieni poprzez ciemność na
południe...
Ok. 11-tej byliśmy w Bukareszcie, niestety, w pociągu do Sofii był nieprawdopodobny
tłok, więc odjechał bez nas. Okazało się, że skorzystaliśmy na tym, bo zwiedziliśmy
sobie troszeczkę Bukareszt, mając 8 i pół godz. do następnego pociągu do Sofii.
Widzieliśmy Bukareszt tylko pobieżnie, ale wydał mi się miastem ciekawym, gdzie
nowoczesna architektura sąsiaduje ze starą, z mnóstwem ozdrobnych gzymsów,
płaskorzeźb i oryginalnych kopuł. A ludzie? Wydają się żyć dość skromnie
- to z
notesu Kali, a ja pamiętam głównie winiarnię w pobliżu dworca, gdzie można było
kupić wino z beczek. Poprosiłam o nalanie ile się zmieści do manierki, i potem
popijałam sobie podczas dalszej podróży, a wszyscy myśleli że to herbata...
4
Pociągiem docieramy do Svilengradu. Stąd już pieszo idziemy do granicy bułgarsko-
tureckiej. Pamiętam, że duże wrażenie zrobiły na mnie suszące się na słońcu liście
tytoniu... Tuż przed granicą poczułam się już w Oriencie...
Jesteśmy wreszcie w Turcji! A oto, co zapisała Kali:
W Svilengradzie byliśmy o 16.30, a stamtąd piechotą udaliśmy się do granicy
tureckiej (ok. 3,5km). Przekroczyliśmy ją więc w inny sposób, niż ci wszyscy w
setkach mijających nas samochodów. Dostaliśmy mapę Turcji, plan Istambułu, potem
udaliśmy się takim małym autobusikiem do Edirne, pierwszego miasta tureckiego po
stronie europejskiej.
Dowiedzieliśmy się też jak brzmi po turecku nazwa Polski – Pollanda, bardzo mi się
to słowo podoba. Teraz jedziemy do Istambułu nocnym pociągiem, będziemy na
miejscu o 8 rano
.
W Stambule spędzilismy zaledwie jeden dzień, niestety, tylko tyle.
Na dworcu czekał
na nas znajomy Ninki i Teresy – Tajlan, bardzo fajny, uczynny i przyjazny chłopak.
Dużo nam pomógł. Przede wszystkim był przewodnikiem po mieście. Najpierw
zostawiliśmy rzeczy w schronisku młodzieżowym (8 lirów za nocleg), a potem
poszliśmy na zwiedzanie meczetów – Hagia Sophia i Błękitnego Meczetu. Pierwszy
wyłożony śliczną mozaiką z olbrzymią kopułą i z dwoma minaretami, drugi natomiast
utrzymany w błękitnym kolorze, wyłożony dywanami – buty zostawia się oczywiście
przed wejściem, na odpowiednich półkach. Miasto jest bardzo kolorowe, kapitalne.
Nawet zwykłe bloki mieszkalne są w kilku kolorach! Na ulicy pełno handlarzy,
zachwalających na całe gardło swoje towary. Od małego wszyscy handlują,
nadskakują, biegają.
Później w takiej piwnicy, jak hipisowskiej, ciemnej, głośnej piliśmy pycha herbatę i
jedliśmy arbuza. Przedtem byliśmy jeszcze na bazarze – krytym, olbrzymim, pełnym
kolorowych świateł, neonów, reklam, kapitalnych towarów, kupców i naganiaczy,
siedzących przed sklepikami. I, ciekawostka – o wszystko można się tam targować!
Opuszczają nawet i pół ceny!
Później Bosfor w nocy – bomba! Przeszliśmy sobie mostem pontonowym na drugą
stronę miasta, Tajlana i jego kolegę zaprosiliśmy na „party” przy piwku, było bardzo
miło. Śpiewaliśmy piosenki, gadaliśmy, zeszło się jeszcze kilku Turków i oni także
śpiewali.
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]